Po sobotnim pierwszym pojedynku między Vive a Flensburgiem, który zakończył się remisem 28:28, nie zanosiło się na spokojne spotkanie rewanżowe w środę. I rzeczywiście tak było. Przeszło czterotysięczna kielecka publiczność była świadkiem sportowego horroru, w którym awans Vive Tauronu Kielce do Final Four rozstrzygnął się w ostatnich 30 sekundach meczu. Ostatecznie to zespół z Gór Świętokrzyskich awansował po raz trzeci w swojej historii do prestiżowego grona czterech najlepszych drużyn Europy.

 

Walka bramka za bramkę

 

Nerwowo było od samego początku. Do szóstej minuty, podobnie jak we Flensburgu, mecz toczył się według schematu bramka za bramkę. W siódmej minucie dzięki fantastycznie dysponowanym - Lasse Svanowi oraz Kentinowi Mahe, gościom udało się uciec na dwa trafienia (4:2). I był to największy dystans na jaki udało się odskoczyć Niemcom w tym meczu. Później przyśpieszyli kielczanie, których najsłabszym punktem była słaba skuteczność w karnych, spowodowana głównie świetną dyspozycją bramkarza Mattiasa Anderssona.

 

Pod koniec pierwszej połowy żółto-biało-niebieskim trzykrotnie udawało się zbudować dwubramkową przewagę jednak ostatecznie do szatni zeszli przy wyniku identycznym jak w sobotnim spotkaniu we Flensburgu 14:13.

 

Jednobramkowa przewaga w piłce ręcznej, to żadna przewaga - szybko potwierdziło się to po zamianie stron. Po przerwie przebudził się bowiem najskuteczniejszy w pierwszym spotkaniu Holger Glandorf, który zdobył kolejno dwie bramki wyprowadzając swój zespół na prowadzenie (14:15). Wtedy lepiej zaczęli grać gospodarze, którzy uszczelnili obronę i częściej atakowali bramkę Anderssona. W 40. minucie Vive prowadziło już trzeba bramkami (19:16).

 

Zimna krew Lijewskiego

 

Dominacja gospodarzy w tej fazie meczu trwała jednak zbyt krótko, by utrzymać przewagę. W ciągu pięciu minut, zawodnikom z Flensburga udało się dogonić mistrzów Polski (21:21). Od tej pory przez pełne dziewięć minut znów realizował się scenariusz bramka za bramkę. Kiedy w 57. minucie Vive prowadziło dwoma trafieniami (28:26) mogło się przez chwilę wydawać, że awans jest już niemal pewny. Niemcy jednak udowodnili, że w ćwierćfinale nie znaleźli się przypadkiem. W 60 minucie znów był remis (28:28) - czyli dokładnie taki sam rezultat, jakim zakończył się pierwszy mecz. Na mniej niż 30 sekund przed końcem zimną krew zachował Krzysztof Lijewski, który zdobył 29. trafienie.

 

Nie zdążyli...

 

Goście wiedzieli, że jeśli chcą jechać do Kolonii, muszą w końcówce spotkania zdobyć jedną bramkę. Byli blisko, jednak nie zdążyli już wyrównać. Po meczu ostro dyskutowali z sędziami sygnalizując, że wraz z końcową syreną jeden z zawodników z Flensburga był faulowany i powinien zostać podyktowany rzut karny. Chwilowa konsternacja na trybunach szybko zamieniła się wybuch radości z trzeciego awansu do Final Four Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych.

 

PAP