O tym, że Prince był prawdziwym geniuszem wiadomo było właściwie od początku jego kariery. Muzyków-eklektyków łączących style i gatunki było wielu, on tworzył własną oryginalną muzykę, w której mogło wydarzyć się wszystko: soul, funk, rock'n roll, pop, hip hop, disco, jazz, elektro, new age czy psychodelia. Był jednym z niewielu, którym udało się zmienić muzykę bezpowrotnie. Zawsze kilka kroków przed swoją publicznością, którą zapraszał do ciągle nowej podróży.

 

W szpilkach, gorsetach i makijażu

 

Poza legionami naśladowców, znani i doświadczeni artyści korzystali z jego dźwiękowych wynalazków, które stały się naturalną częścią otoczenia. Madonna i Michael Jackson sprzedawali więcej płyt, ale każdy szanujący się muzyk lat osiemdziesiątych chciał brzmieć jak Prince. Uważa się, że przełamał wtedy nieprzekraczalne bariery między muzyką czarną a białą. Przełamał ich znacznie więcej: malutki facet - sex symbol, pożądany przez najpiękniejsze kobiety epoki, który chodził w szpilkach, gorsetach i w makijażu.

 

Na płytach - ostrzeżenia dla rodziców

 

Deklarował, że najważniejsze są dla niego dwie rzeczy: sex i wiara. Często w tekście tej samej piosenki. Nie unikał osobistej liryki, pisał o ubóstwie, chorobach, rasizmie i wojnie, fascynowała go mistyka i podróże kosmiczne, ale dla większości z nas nagrania Prince'a to bezkompromisowa erotyka. Zapisana z pomocą specjalnej, skrótowej i obrazkowej ortografii.

 

Małżonka późniejszego wiceprezydenta i laureata Nagrody Nobla nakryła swoją dwunastoletnią córkę, która słuchała albumu Purple Rain. Od tego czasu na płytach pojawiły się obowiązkowe ostrzeżenia dla rodziców.

 

Muzyka płynęła bez końca

 

Prince był artystą nie tylko genialnym, ale również nieprawdopodobnie płodnym. Od debiutu w 1978 roku wydał trzydzieści dziewięć premierowych albumów, kilka koncertowych, szereg kompilacji, nie licząc płyt firmowanych przez swoje zespoły czy produkcje dla innych artystów. 

 

W Minneapolis, którego nigdy nie opuścił, zbudował ogromny kompleks Paisley Park. To był jego dom, jego studio, sala koncertowa, biura jego firm. Tam pisał i nagrywał bezustannie. Pomysłów i inspiracji nie brakowało, muzyka płynęła bez końca. Legendy krążą o zawartości jego szafy, której być może nigdy nie poznamy.

 

Otwarta wojna z wydawcami

 

Po oszołamiających sukcesach lat osiemdziesiątych wytwórnia Warner Brothers liczyła na kolejne dekady złotych zysków. Prince, świadom wartości swojej muzyki, stał niezłomnie na straży artystycznej wolności i robił wszystko, żeby sprzedać jak najmniej płyt. Co kilka miesięcy wydawał wielopłytowe albumy, z coraz mniej przebojowymi utworami.

 

Konflikt z wydawcami przerodził się w otwartą wojnę. W nowym tysiącleciu artysta sprzedawał swoje nagrania tylko przez internet , płyty bywały całkowicie instrumentalne. Był jedną z najlepiej zarabiających supergwiazd, ale funkcjonował jak niezależny artysta z podziemia.

 

Jego żywiołem była scena

 

Prince pisał wspaniałe piosenki, był charyzmatycznym wokalistą, wirtuozem gitary. Grał na kilkudziesięciu instrumentach, wiele płyt nagrał całkowicie sam, nawet bez udziału inżyniera dźwięku. Nie był wyłącznie studyjnym demiurgiem, jego żywiołem była scena. Energetyczne, ekstatyczne koncerty trwały ponad trzy godziny, po czym zespół zjawiał się niezapowiedziany w lokalnym klubie i grał do świtu. Nagrania z takich nocy to dzisiaj cenna inwestycja.

 

Prince uchodził za dziwaka, w jego życiu wszystko było zagadką. Obsesyjnie strzegł swojej prywatności, chociaż wybranych fanów zapraszał do studia na rozmowy, wspólne słuchanie unikalnych taśm, a nawet specjalne koncerty. Ukrywał się pod wieloma pseudonimami.

 

W szczytowym momencie walki z Warner Brothers uznał, że własne imię przestało do niego należeć, stało się znakiem towarowym, własnością koncernu. Zmienił je na niewymawialny znak graficzny, znany później jako Symbol Miłości. Po latach internetowego azylu i odzyskaniu kontroli nad swoim katalogiem powrócił jako Prince.

 

To nie był tytuł, przydomek sugerujący królewska rangę twórczości. Artysta urodził się jako Prince Rogers Nelson. Imiona nadał mu ojciec - pianista i kompozytor jazzowy, który występował właśnie jako Prince Rogers. Niemal cała rodzina zajmowała się muzyką.

 

Wyreżyserował kilka filmów

 

Osiemnastoletni Prince grywał w rodzinnym Minneapolis z zespołami swoich kuzynów. Po trzech latach miał już własny kontrakt płytowy.

 

Początki jego kariery to czas rozkwitu wideoclipu i muzycznej telewizji. Prince, który konsekwentnie konstruował swój sceniczny wizerunek odnalazł się w tym świecie doskonale. Wyprodukował i wyreżyserował nawet kilka własnych filmów, z przebojowym Purple Rain na czele, ale do historii przejdzie jako muzyk.

 

Bezkompromisowy artysta nie uniknął konfliktu z globalną wspólnotą swoich fanów. Prince, który był pionierem dystrybucji muzyki w internecie, z czasem stał się nieugiętym wrogiem serwisów muzycznych i portali społecznościowych. Przekonany, że udostępnianie nagrań w sieci jest naruszeniem jego praw autorskich i osobistych, ścigał bezlitośnie wszystkich, którzy publikowali filmy z koncertów, fragmenty płyt, zdjęcia, karykatury.

 

Prince odszedł w pełni kreatywnych mocy. Pod koniec zeszłego roku wydał dwuczęściowy album. Miał dokończyć kameralną trasę koncertową Mikrofon i Fortepian. Na pewno nie powiedział ostatniego słowa...