- Nawet drzwi dzielące wagony były zepsute, nie można było ich zamknąć. Było to niebezpieczne dla mnie i mojego psa. Siedział w ciągłym huku i przez to wszystko bał się ruszyć z miejsca. A ludzie wiecznie prosili nas o przesunięcie się, żeby dotrzeć do toalety czy drugiego wagonu - opowiada Katarzyna Bierzanowska na antenie Polsat News.  

 

Kobieta opisała swoją podróż na Facebooku.

 

"Kolejowej żenady szczyt. Z kilkutygodniowym wyprzedzeniem zgłosiłam swój przejazd pociągiem, informując, że potrzebuję pomocy z wniesieniem mnie na wózku do wagonu. (…) Zgłoszenie zostało przyjęte i potwierdzone (precyzowałam kilka razy). Dziś 20 min. przed odjazdem okazało się, że wagonu nie ma. Syf w PKP doprowadził do tego, że miałabym czekać 2h na dworcu i może doczekać się właściwego wagonu, a może nie lub zostać w Lublinie" - napisała.

 

 

 

Gdy internauci zaczęli masowo udostępniać wiadomość Bierzanowskiej, PKP Intercity przeprosiło ją w komentarzu pod postem:

 

"Przepraszamy za sytuację na którą zostałaś narażona. Prosimy, abyś podała wszystkie szczegóły związane z Twoją podróżą (dokładny termin wyjazdu, numery pociągów, które wybrałaś itp.) sprawę musimy wyjaśnić. Prosimy również o opisanie całej sytuacji za pomocą formularza reklamacyjnego"  (pisownia oryginalna - red.)

 

Po tym, gdy sprawą zainteresowały się media, dziś ok. godz. 13 przedstawiciele PKP Intercity jeszcze raz odezwali się do pani Katarzyny. Ponownie przeprosili ją za niedogodności i zapewnili, że wobec winnych zaniedbań zostaną wyciągnięte konsekwencje. Przewoźnik ma zwrócić jej koszt biletu.

 

Bierzanowskiej nie zależy na pieniądzach. Korzysta ze zniżek i ulg. Wyjazd nie kosztował jej więcej niż 10 zł. Liczy na oficjalne, pisemne przeprosiny.  

 

Polsat News