Stanisław Dargacz wyszedł z domu do pobliskiego sklepu. Kiedy po paru minutach wrócił, zobaczył leżącą na podłodze swoją żonę z poderżniętym gardłem.

 

- Jak wychodziłem, żona jeszcze żyła - mówi mężczyzna.

 

Kobieta była cała we krwi. Zmarła. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia nie mieli wątpliwości, że Pan Stanisław jest mordercą i go aresztowali. Przesiedział prawie cztery lata w areszcie.

 

Jednak dwa tygodnie po zdarzeniu, na miejscowy komisariat przyszła pewna kobieta i powiedziała, że w dzień morderstwa jej syn przyszedł do domu w zakrwawionym ubraniu. Kazał je spalić. Mężczyzna potem przyznał się policjantom, że był wówczas u państwa Dargacz, bo chciał okraść ich dom. Stwierdził, że widział jak to pan Stanisław morduje żonę. Przestraszył się i uciekł, choć nie przeszkodziło mu to zabrać z domu gotówki.

 

- Działania prokuratury ukierunkowane są na to, żeby uwiarygodnić człowieka, który jest przestępcą i prokuratura to wie - uważa Paweł Brożek, adwokat bohatera naszego programu.

 

Prokuratura uwierzyła złodziejowi i postawiła zarzuty panu Stanisławowi, choć na powrót biegiem w klapkach ze sklepu do domu, morderstwo, ukrycie narzędzia zbrodni, oraz telefon na pogotowie miałby... 3 minuty. Wizytę w sklepie potwierdza obsługa, a mężczyzna ma paragon ze sklepu z dokładną godziną. Trzy minuty później zadzwonił po pogotowie. Natomiast złodziej na morderstwo miałby prawie trzy razy więcej czasu.

 

Pan Stanisław ma bardzo dużo zastrzeżeń do pracy ogranów ścigania. Mówi, że w domu nie zabezieczono dowodów. Nie znaleziono narzędzia zbrodni. Pod paznokciami znaleziono DNA osoby trzeciej. Nie ustalono czyje. Są też zeznania jednego ze świadków, który mówi, że widział złodzieja przed domem z innym mężczyzną.

 

Reportaż Małgorzaty Cecherz.

 

Polsat News