- Nie uważam, by Hillary Clinton miała odpowiednie kwalifikacje (by być prezydentem USA), skoro głosowała za katastrofalną wojną w Iraku i poparła niemal każde katastrofalne porozumienie o wolnym handlu - powiedział Sanders na wiecu wyborczym w czwartek.

 

Tymi słowami wywołał oburzenie sympatyków byłej pierwszej damy, ale też zdziwienie analityków wyborczych. Bo choć Clinton - jak pokazują sondaże - nie wzbudza swą osobowością wielkiego entuzjazmu nawet wśród wyborców Demokratów, to ogromna większość ceni ją właśnie za kwalifikacje. Aż 93 proc. Demokratów uważa, że ma odpowiednie doświadczenie, co o Sandersie mówi 73 proc. - zgodnie z niedawnym sondażem Uniwersytetu Quinnipiac.

 

Sanders "przestał być milutki"

 

"Sorry, ale Sanders przestał już być milutki" - komentował na łamach piątkowego "New York Timesa" noblista Paul Krugman. Przyznał, że kampania określającego się jako socjalista Sandersa wniosła do wyścigu Demokratów wiele potrzebnego "idealizmu i energii", ale "Sanders zaczyna brzmieć tak, jak jego najgorsi zwolennicy". Przy okazji ten lewicowy ekonomista nie pozostawił suchej nitki na pomysłach Sandersa w sprawie gospodarki i regulacji rynków finansowych.

 

Także inni sympatycy Partii Demokratycznej ocenili, że Sanders przesadził, bo swymi słowami tylko wzmacnia szanse kandydata Republikanów w listopadowych wyborach prezydenckich.

 

Ale sztab senatora z Vermont tłumaczy, że jego słowa były odpowiedzią na zarzuty Clinton, że brakuje mu kompetencji. Od kilku dni zwolennicy Clinton rozsyłają z hasztagiem #HillarySoQualified poniedziałkowy wywiad Sandersa z "Daily News", w którym nie potrafił wyjaśnić, jak znajdzie środki i poparcie Kongresu dla swych propozycji. Sama Clinton oceniła, że jej rywal "nie odrobił lekcji", a jego propozycje "nie trzymają się kupy".

 

Bez ataków

 

W przeciwieństwie do wyścigu Republikanów zarówno Sanders, jak i Clinton unikali dotychczas zbyt agresywnych, wzajemnych ataków. Clinton nie chce zrazić do siebie wyborców Sandersa, czyli młodego i najbardziej lewicowego elektoratu Demokratów, bo wie, że będzie go potrzebować, by pokonać kandydata Republikanów. Sanders też podkreślał dotychczas, że nie chce angażować się w negatywną kampanię.

 

Wziął nawet Clinton w obronę, gdy w pierwszej debacie prezydenckiej jesienią ubiegłego roku powiedział, że "ma dość" kierowanych pod jej adresem ataków za prowadzenie prywatnej skrzynki mailowej, gdy była sekretarzem stanu USA. Co prawda wielokrotnie wytykał Clinton zbyt bliskie związki z Wall Street, ale było to o tyle zrozumiałe, że z krytyki nowojorskiej finansjery uczynił główny filar swej kampanii. Ale nigdy nie posunął się tak daleko, by zarzucić jej brak kompetencji.

 

Szanse po stronie Clinton

 

Komentatorzy nie mają wątpliwości, że uprzejmości się skończyły, bo oboje kandydaci przygotowują się do kluczowego starcia, czyli prawyborów 19 kwietnia w stanie Nowy Jork. Stawką jest tu aż 291 delegatów na lipcową konwencję partii, która nominuje kandydata w wyborach prezydenckich. Na razie sondaże wskazują, że Clinton, która dwukrotnie wygrała w Nowym Jorku wybory do Senatu USA, i tym razem może liczyć na nowojorczyków. Jej przewaga nad Sandersem wynosi w zależności od sondażu 10-12 pkt. procentowych.

 

Niemniej pochodzący z Brooklynu Sanders nie złożył broni, przyciągając tysiące zwolenników na swe nowojorskie wiece. Sztab Clinton słusznie nie bierze zwycięstwa za pewnik. Kampania Sandersa nabrała w ostatnim czasie rozpędu. Wygrał prawybory w sześciu z siedmiu stanów, które głosowały jako ostatnie.

 

W większości były to jednak zwycięstwa w małych stanach, które nie pozwoliły mu odrobić strat do Clinton. Matematyka wskazuje, że była pierwsza dama ma niemal zapewnioną nominację. W dotychczasowych prawyborach, wygrywając dzięki poparciu mniejszości afroamerykańskiej i latynoskiej w największych, południowych stanach, zagwarantowała sobie ponad 250 delegatów więcej niż Sanders. A dodając do tego tzw. superdelegatów, czyli prominentnych Demokratów, którzy wezmą udział w konwencji bez względu na wynik prawyborów, ma już 1 767 delegatów, a Sanders 1 110. By powalczyć o nominację, Sanders musiałby nie tylko wygrać, ale wygrać znacząco niemal wszystkie pozostałe prawybory, w tym właśnie w dużym Nowym Jorku.

 

A to dlatego, że w prawyborach Demokratów delegaci są przydzielani proporcjonalnie do wyniku. Czyli nawet jeśli Clinton przegrywa, to i tak zyskuje dodatkowych delegatów. Na tym samym etapie prawyborów 8 lat temu Clinton przegrywała z ówczesnym senatorem Barackiem Obamą różnicą około 100 delegatów i już nie udało jej się go dogonić.

 

PAP