Propozycja zmiany dyrektywy przyjęta przez Komisję Europejską zakłada, że pracownik wysłany przez pracodawcę do innego kraju UE powinien mieć prawo do takiego samego wynagrodzenia, jak pracownik lokalny, a nie tylko do płacy minimalnej. Miałby otrzymywać np. premie czy dodatki przysługujące pracownikom lokalnym. Według propozycji, gdy okres delegowania pracownika przekroczy 2 lata, powinien on być w pełni objęty regulacjami prawa pracy kraju goszczącego.

 

KE tłumaczy swą propozycję koniecznością zapewnienia równej konkurencji na unijnym rynku pracy i usług, a także ochrony przed tzw. dumpingiem socjalnym, o który bogatsze kraje UE oskarżają często usługodawców z krajów biedniejszych, przede wszystkim Europy Środkowej i Wschodniej.

 

Na podstawie obecnej dyrektywy pracownicy delegowani są już objęci tymi samymi przepisami, co pracownicy przyjmującego państwa, ale tylko w niektórych dziedzinach, takich jak zdrowie lub bezpieczeństwo. Pracodawca nie jest jednak zobowiązany do zapłacenia pracownikowi w delegacji więcej niż minimalna stawka wynagrodzenia ustalona przez kraj przyjmujący.

 

Polskie firmy byłyby najmocniej dotknięte nową dyrektywą

 

Polska jest krajem, który wysyła najwięcej pracowników delegowanych do innych państw unijnych. Według danych KE za 2014 rok z Polski pochodziło 428,4 tys. na 1,9 mln wszystkich pracowników delegowanych w UE (22,3 proc.). Dlatego zmiany w dyrektywie najbardziej dotkną polskich usługodawców świadczących usługi za granicą.

 

Pracownicy oddelegowani stanowią zaledwie 0,7 proc. siły roboczej w UE, jednak w zależności od sektora i kraju ich liczba może być większa. W sektorze budowlanym zatrudnionych jest 43,7 proc. pracowników oddelegowanych. Ich odsetek jest też duży w przemyśle wytwórczym (21,8 proc.), a także w edukacji oraz służbie zdrowia i usługach opiekuńczych (13,5 proc.).

 

Prace nad dyrektywą prawdopodobnie będą opóźniane

 

Według źródeł unijnych propozycja KE budzi - oprócz Polski -  też sprzeciw innych państw. Są to przede wszystkim kraje UE z Europy Środkowej i Wschodniej, ale także Cypr i Malta.

 

Prawdopodobnie prace w gronie rządów i w Parlamencie Europejskim nad projektem nie zostaną zakończone w tym półroczu, w trakcie holenderskiego przewodnictwa w Unii. Przeciwnicy projektu liczą na to, że następne prezydencje - słowacka, maltańska, brytyjska i estońska - mogą nie być już tak chętne do przyśpieszania porozumienia w tej sprawie.

 

Do zrewidowania projektu mogłyby zmusić Komisję także parlamenty narodowe krajów unijnych, jeśli uznają, że propozycja ta nie jest zgodna z zasadą pomocniczości.

 

Zasada ta określa, kiedy UE jest kompetentna do tworzenia ustaw, a kiedy decyzje powinny być podejmowane na niższych szczeblach, jak najbliżej obywateli. Według źródeł unijnych zamiar wystawienia tzw. żółtej kartki w sprawie dyrektywy zasygnalizowały na razie tylko parlamenty czeski, słowacki i litewski. Do zatrzymania inicjatywy KE trzeba jednak 19 głosów parlamentów narodowych.

 

PAP