Turystka razem ze swoim mężem brała udział w 32-dniowym rejsie z Indii Zachodnich do Europy. Para pokłóciła się w trakcie 28. dnia podróży, już na portugalskiej wyspie Madera. Ostatnim etapem wycieczki był rejs do Lizbony, skąd mieli odlecieć do Anglii. Operator rejsu - firma Cruise & Maritime Voyages - zaoferowała małżeństwu, które chciało przerwać wycieczkę, powrót do Anglii samolotem.

 

65-latka na lotnisku rozdzieliła się z mężem. Zanim dostała się na pokład maszyny, zobaczyła na Atlantyku odpływający statek. Wtedy zmieniła zdanie, ruszyła po zboczu - lotnisko na Maderze położone jest nad samym Atlantykiem na płaskim wyniesieniu, a od wody oddziela je kilkudziesięciometrowy klif - wskoczyła do oceanu i zaczęła płynąć za wycieczkowcem.

 

Pościg był jednak nieudany, a Brytyjce udało się pokonać w wodzie jedynie około 500 metrów.

 

Dryfowała w świetle księżyca

 

Miała mnóstwo szczęścia - po czterech godzinach, już w nocy, wyziębioną kobietę znaleźli portugalscy rybacy. Według ustaleń, do wody wskoczyła około godziny dwudziestej, a została wyłowiona po północy. Portugalczycy usłyszeli jej krzyki, ponadto pomogła jej aura - ocean był spokojny, a niebo bezchmurne. Księżyc mocno oświetlał taflę wody.

 

65-latka miała hipotermię, a według rybaków nie przeżyłaby w oceanie kolejnych 30 minut. - Początkowo myśleliśmy, że wypadła ze statku wycieczkowego. Widzieliśmy tylko jej twarz i torebkę kołyszące się na wodzie - powiedział jeden z rybaków dla "Daily Mail".

 

- To był straszny widok, przypomniał mi o filmie "Titanic", w którym na koniec tonęli ludzie - dodał.

 

Mąż Brytyjki był w samolocie - potwierdziła policja i biuro podróży. Bezpiecznie doleciał do Wielkiej Brytanii.

 

dailymail.co.uk