Mundurowi mieli zabrać Tarnowskiemu laptopa, przenośne dyski z danymi, dokumenty ze śledztwa smoleńskiego i ekspertyzy czarnych skrzynek - relacjonowała "GW". Funkcjonariusze działali na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, która prowadzi dochodzenie w sprawie przecieku do mediów analizy zapisu rozmów z kokpitu Tu-154.


W ujawnionej przez radio RMF FM w kwietniu zeszłego roku ekspertyzie zidentyfikowano głos gen. Błasika jako jednej z osób obecnych w kabinie pilotów. Zachowanie generała - zdaniem ekspertów - mogło się przyczynić do katastrofy. Wśród biegłych, którzy zidentyfikowali głos Błasika, był właśnie Tarnowski - wynika z informacji gazety.


"To zastraszanie"


- Można, jeśli się prowadzi śledztwo w sprawie przecieku taką osobę poprosić, wezwać, ale to jest po prostu zastraszanie - skomentował informacje "GW"  o działaniach prokuratury Tomasz Siemoniak z Platformy Obywatelskiej, były minister obrony narodowej.


Zdaniem gazety prokuratura podejrzewa, że odpowiedzialny za przeciek ekspertyzy mógł być właśnie Tarnowski. Naukowiec z Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej jako jeden z niewielu osób miał dostęp do stenogramów. Według ustaleń "GW" pytania zadawane podczas przesłuchania dotyczyły nie przecieku, ale tego, kto na niego naciskał, by rozpoznał głos Błasika.


Całkowita nieprawda


 - Informacje są całkowicie nieprawdziwe jak chodzi o przebieg czynności - skomentował doniesienia gazety Włodzimierz Krzywicki z prokuratury w Krakowie.


Tarnowski w rozmowie z "Wyborczą" potwierdził, że był przesłuchiwany w charakterze świadka, ale nie udzielił żadnych innych informacji. Nie chciał też rozmawiać o tej sprawie z Polsat News.


Polsat News, Gazeta Wyborcza