"Gazeta Sąsiedzka" na wrocławskim Ołtaszynie popularna jest od niedawna. Ukazuje się w nakładzie 5 tysięcy egzemplarzy i za darmo udostępniana jest mieszkańcom w punktach gastronomicznych, czy salonach fryzjerskich. Jednak od miesiąca grupa odbiorców periodyku poszerzyła się o Koreańczyków zamieszkujących południe miasta i podmiejskie gminy.

 

- Najpierw zastanawialiśmy się nad publikowaniem części materiałów także po angielsku. Ale to również nie byłoby rozwiązanie doskonałe, gdyż zdarza się, że Koreanki, które nie pracują zawodowo, a np. prowadzą domy, nie mówią po angielsku. A idea była taka, by wszyscy mogli nas czytać - podkreślił Maciej Wełyczko, redaktor naczelny "Gazety Sąsiedzkiej".

 

Bez barier

 

Pomysł, by część gazety ukazywała się także po koreańsku, tłumaczy m.in. potrzebą polsko-koreańskiej integracji. Jak powiedział, z jednej strony koreańskie fabryki (w tym fabryka LG, jednego z południowokoreańskich potentatów branży elektronicznej), które kilka lat temu stanęły m.in. w Biskupicach Podgórnych pod Wrocławiem sprawiły, że na południowych obrzeżach miasta zamieszkało nawet 3 tysiące Koreańczyków, a z drugiej, w tych samych okolicach, w miejscach, gdzie przed laty były poniemieckie koszary wojskowe, wybudowano wiele nowych osiedli. - Zamieszkała tam zamożna społeczność, która zaczęła się odgradzać. Strażnicy, bramy wjazdowe na osiedla - powiedział Wełyczko. Jego zdaniem, ten fakt sprawił, że o polsko-koreańską integrację było ciężko. - Zależy mi, by Polacy i Koreańczycy poznali się, a nie tylko żyli obok siebie - dodał Wełyczko.

 

 

Wywiad z prezydentem Wrocławia, Rafałem Dutkiewiczem, który także ukazał się w języku koreańskim.

 

Poza tym, jak tłumaczy redaktor naczelny "Gazety Sąsiedzkiej", Koreańczycy byli odcięci od informacji na temat lokalnych wydarzeń, czy nawet spraw, którymi żyje cała Polska. Właśnie dlatego w ostatnim numerze gazety ukazał się m.in. artykuł poświęcony Żołnierzom Wyklętym. - Nie chodzi o to, by tłumaczyć wszystkie teksty, bo nie ma możliwości, by Koreańczycy interesowali się wszystkim, o czym piszemy. Tak samo, jak Polaków nie zawsze rozpalają kwestie koreańskie. Dlatego współpracuje z nami Koreanka, która ukończyła polonistykę. To ona odpowiada za treści, wie, co może czytelników zainteresować. W razie potrzeby korzystamy także z pomocy biura tłumaczeń - dodał Wełyczko.

 

Zadowoleni przedsiębiorcy

 

Redaktor naczelny "Gazety Sąsiedzkiej" zapewnia, że przygotowywanie materiałów w języku koreańskim nie generuje wyższych kosztów. Poza tym, odkąd w jego gazecie publikowane są te teksty, nawet reklamodawcy zaczęli tłumaczyć swoje reklamy. – To był strzał w dziesiątkę – stwierdził zadowolony Wełyczko. Choć na razie ukazały się dwa numery gazety z koreańską wersją jezykową, reklamy zostały już wykupione z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, na której pomysłodawcy wydawania gazety w języku koreańskim zależy: - Być może dzięki temu wychowamy sobie ambasadorów. Ludzi, którzy po powrocie do Korei z wieloletnich kontraktów, będą rozsławiać dobre imię Wrocławia, województwa i całej Polski.

 

Maciej Wełyczko pytany o reakcje czytelników, przyznał, że dostał kilka wiadomości o treści "Polska dla Polaków", i że gazeta wydawana w Polsce powinna być w ojczystym języku. – Jednak najwięcej było pozytywnych opinii. Zarówno Polaków jak i Koreańczyków – powiedział. Choć, jak zauważył, "wychowani w kulturze konfucjańskiej Koreańczycy są grzeczni kulturowo".

 

polsatnews.pl