Kalsang Wangdu podpalił się w poniedziałek po południu w pobliżu klasztoru Retsokha w tybetańskiej prefekturze autonomicznej Garze w prowincji Syczuan. Według Radia Wolna Azja, podczas tego protestu mnich domagał się niepodległości dla Tybetu. Zmarł w drodze do szpitala.

 

Tybetańskie źródła na uchodźstwie twierdzą, że w ciągu ostatnich pięciu lat podpaliło się co najmniej 114 mnichów i innych Tybetańczyków, większość z nich zmarła. Radio Wolna Azja podaje z kolei, że od 2009 roku doszło do 144 takich aktów.

 

Lokalne władze zaprzeczają

 

Agencja AP podkreśla, że bardzo trudno jest uzyskać informacje bezpośrednio z Garze, która jest odcięta od reszty prowincji punktami kontrolnymi, a przedstawiciele lokalnych władz mają zakaz wypowiadania się na temat samospaleń. Urzędnik z Garze, który przedstawił się jako Li, powiedział, że incydent opisany przez Radio Wolna Azja nie miał miejsca.

 

Protesty tego typu są postrzegane jako ekstremalny przejaw frustracji wielu Tybetańczyków żyjących pod chińskimi rządami. Wielu protestujących domaga się powrotu do Tybetu swego duchowego przywódcy Dalajlamy. W 1959 roku uciekł on stamtąd podczas powstania przeciwko komunistycznym Chinom, które na początku lat 50. zajęły ten himalajski region.

 

Walczą o niepodległość Tybetu

 

Tybetańscy mnisi i mniszki należą do najbardziej aktywnych przeciwników chińskich rządów w regionie i największych zwolenników tybetańskiej niepodległości, co sprawia, że władze stosują wobec nich najostrzejsze represje.

 

W 2015 roku lokalny przywódca Komunistycznej Partii Chin, w ramach wspierania chińskiego patriotyzmu, nakazał wszystkim buddyjskim klasztorom, by wywieszały chińską flagę.

 

Władze w Pekinie oskarżają Dalajlamę o zachęcanie do samospaleń i twierdzą, że w regionie dokonano wielkich inwestycji, mających na celu rozwój gospodarki i polepszenie jakości życia. Dalajlama podkreśla, że sprzeciwia się aktom przemocy.

 

PAP