Maraton w Tokio, jeden z największych na świecie, był marzeniem Barbary Prymakowskiej od lat. Gdyby nie oszuści z biura, które w ubiegłym roku miało zorganizować wyjazd na bieg do Kraju Kwitnącej Wiśni, ukończeniem go Polka mogłaby się szczycić już rok temu. Problem polegał na tym, że wpłaciła pieniądze, a organizator się wycofał.

 

I tak straciła miejsce na starcie, które można zdobyć tylko licząc na łut szczęścia. - Spośród wszystkich zgłoszeń organizatorzy losują kilkadziesiąt tysięcy uczestników - wyjaśniała.

 

"Liczą się wyniki"

 

Na szczęście i w tym roku udało jej się trafić na listę startową szczęśliwców. Chęć startu w Tokio wyraziło ponad 300 tysięcy osób. Na linii startu stanęło 36 tysięcy maratończyków, z czego Polaków - 40. A wśród nich jedna z najstarszych biegaczek nie tylko polskiej "reprezentacji", ale i świata. - Cały czas osiągam najlepsze rezultaty w swojej grupie wiekowej. Dlatego tak boli czas z Tokio. Ja rozumiem, że dla kogoś samo dobiegnięcie do mety może być spełnieniem marzeń i zwieńczeniem walki, nie tylko fizycznej. Ale dla mnie liczą się wyniki - przyznaje Barbara Prymakowska. - Dlatego tak dziwią mnie ludzie młodsi ode mnie o ponad 30 lat, którzy dobiegają wolniej ode mnie - żartowała.

 

Biegaczka podkreśliła, że oprócz determinacji, która zawsze pomaga jej zwalczać kryzysy w czasie przygotowań i samych biegów, najlepiej mobilizuje ją "orzełek", który zdobi jej koszulkę. Poza tym, co podkreślała, każdy maraton pokonuje w jakiejś intencji. Dzięki temu nawet, gdy tak jak w Tokio w pewnym momencie opadła z sił, ostatecznie udało jej się dobiec do mety.

 

Fot. Barbara Prymakowska/Facebook.com

 

Pytana, czy nie boi się o swoje zdrowie, bo przecież maraton to gigantyczne obciążenie dla organizmu, tym bardziej organizmu seniora, odpowiedziała: - Zdaję sobie sprawę z tego, że w każdej chwili coś może się stać. W Londynie sama widziałam, jak mężczyzna padł na trasie i już nigdy nie wstał. Na szczęście mnie kontuzje omijają. Jedyna, jakiej się nabawiłam w ostatnich latach, to kontuzja kolana. Próbowałam zapobiec kolizji na wyciągu narciarskim - dodała 73-latka.

 

Uzależniona od endorfin

 

Bo Barbara Prymakowska sport ma we krwi. Skończyła AWF, regularnie jeździ na rolkach, także maratońskie dystanse. Narty biegowe i zjazdowe są jej miłością. Kilka lat temu jako najstarsza Polska zdobyła Mont Blanc. Na swoim koncie ma maratony w Nowym Jorku, Berlinie, Londynie, Paryżu, Frankfurcie, Rzymie, Wiedniu, Atenach czy Lahti.

 

Do tego wciąż prowadzi zajęcia fitness. Grupą pań trenujących aqua-aerobic dowodziła już kilkanaście godzin po powrocie z Tokio. - Zmiana czasu? Teraz nie była tak odczuwalna. Gorzej w Tokio. Nie mogłam tam spać, zresztą warunki noclegowe miałam fatalne, bo oszczędzałam. Poza tym dzień przed startem w maratonie zrobiliśmy sobie 10-kilometrowy rozruch. To był błąd. Przeciążyłam organizm. Efekt to mój najgorszy w życiu wynik, powyżej 5 godzin - stwierdziła Prymakowska.

 

Fot. marathon.tokyo

 

 

"Najszybsza babcia świata" podkreśliła, że w Bostonie (do którego pani Barbara dostała się dzięki doskonałym czasom, które w biegach osiąga) zadba o regenerację, bo historia z Tokio nie może się powtórzyć. A potem, jeśli  zostanie wylosowana do udziału w maratonie w Chicago - przebiegnie kolejny maraton, jeden z tych o którym marzą wszyscy trenujący bieganie.

 

- W ten sposób pokazuję innym seniorom, że życie nie kończy się wraz z końcem aktywności zawodowej. Ono dopiero się zaczyna! - podsumowała.

 

polsatnews.pl