Walka o majątek po zmarłym duchownym rozpoczęła się tuż po jego śmierci w sierpniu 2012 roku. Do kurii we Wrocławiu zgłosiła się wówczas Wiesława Dargiewicz, która twierdziła, że Irek jest ojcem jej syna Jakuba.

 

Sprawa trafiła do sądu, który na podstawie badań DNA orzekł, że zmarły rzeczywiście był ojcem 3-letniego wtedy dziecka.

 

Spadek dla osób "bliskich sercu"

 

W swoim testamencie ks. Waldemar Irek pisał, że "wszystko, co po nim zostało", to własność kościoła. Wrocławska kuria od początku nie była jednak zainteresowana majątkiem po nim.

 

Prawa do niego rościła sobie za to siostrzenica kapłana, która powoływała się na fragment testamentu. "Proszę, by sprawiedliwie rozdali dobra, które po mnie zostaną - pamiętając szczególnie o Mojej Mamie oraz rozdając (nieczytelne) ludziom o których wiecie, że byli bliscy mojemu sercu" - napisał w swojej ostatniej woli ksiądz Irek.

 

Dla kobiety było jasne, że chodzi o nią oraz o matkę. Sąd pierwszej instancji uznał jednak, że jedynym spadkobiercą Irka jest jego syn. Z tą decyzją nie zgodziła się siostrzenica i wniosła apelację. Wyrok drugiej instancji będzie już prawomocny.

 

Spadek po duchownym to m.in. dom jednorodzinny i samochód marki Volskwagen.

 

Więcej w "Gazecie Wrocławskiej"