Ratownicy twierdzą, że zarabiają najmniej w całym województwie pomorskim. Wielokrotnie informowali władze szpitala o tym, że chcieliby zarabiać więcej, a godziny pracy są zbyt długie. Do tej pory nic się jednak nie zmieniło.

 

Krzysztof Pokojewski wyjaśnia, że mimo umownych stawek 15 i 16 zł za godzinę, ratownicy zarabiają przecież znacznie mniej. - Np. w umowie kontraktowej ratownik musi sam opłacić pełen ZUS, ubezpieczenie, księgowość, koszty związane ze szkoleniem plus koszty takie jak dojazd do pracy, czy ubranie - wymieniał.

 

- Żeby utrzymać nasze rodziny często pracujemy powyżej 240 godzin. Czasami, żeby związać koniec z końcem, trzeba więc jechać niemal z pracy do pracy - przyznał Pokojewski.

 

Ratowników straszono, że "na ich miejsce są już inni"

 

Ratownik stwierdził, że "ustawodawca bardzo ładnie unormował przepisy, ale życie pokazuje niestety zupełnie coś innego". - Dzieje się tak, że praca rozpoczyna się np. w szpitalnym oddziale ratunkowym, a kończy przejściem do pracy na podstacji pogotowia ratunkowego - powiedział. - Te godziny, zamiast być godzinami dyżurowymi po 12 godzin, trwają więc od 24 do nawet 72 godzin - poinformował.

 

Pokojewski przyznał również, że jak do tej pory wystosowywane do zarządu i wojewody apele nie przynosiły pozytywnych efektów. Wręcz przeciwnie.

 

- Kiedy prosiliśmy o spotkanie i podwyżki efekt był taki, że przedstawiono nas jako stronę negatywna, która przyciska zarząd. Przekazano nam warunki, że w tym wypadku ktoś inny przyjdzie na nasze miejsce. Mało tego, dodano, że zostały już poczynione takie kroki - podsumował.

 

Polsat News