Sceny jak z filmu sensacyjnego rozegrały się w Belfair, około 40 kilometrów na zachód od Seattle. Policjanci z jednostki specjalnej SWAT przyjechali pod usytuowany w lesie dom napastnika, po tym jak ten zadzwonił na numer alarmowy i poinformował o tym, że wymordował swoją rodzinę.

 

Policjanci mieli do przeszukania 11 budynków znajdujących się na posesji. Gdy w końcu namierzyli kryjówkę mordercy, rozpoczęły się negocjacje. Uzbrojony mężczyzna długo nie chciał się poddać. Dopiero po kilku godzinach zdecydował się uwolnić 12-letnią dziewczynkę. Jedyną, która ocalała ze strzelaniny.

 

Potem wyszedł z kryjówki i na oczach policjantów zastrzelił się. Jednostki specjalne, które weszły do domu potwierdziły, że napastnik mówił prawdę. W środku, bardzo blisko siebie, leżały ciała czterech osób. Na razie wiadomo tylko, że byli to członkowie rodziny zabójcy. Ani wieku, ani płci ofiar śledczy nie ujawniają.

 

 

Mieszkający w sąsiedztwie Jack Pigott, w rozmowie z dziennikarzami powiedział, że sprawca makabry miał około 40 lat. Mieszkał z żoną, ślub mieli wziąć 4-5 lat temu. Żona miała dwóch nastoletnich synów, których adoptowała z Rosji (jeszcze w poprzednim małżeństwie) i jedną córkę, pochodzącą z Chin, także adoptowaną. Nie wiadomo, czy to właśnie 12-latka, której udało się wydostać z rąk oprawcy.

 

Ocalała dziewczynka została przewieziona do szpitala. Jej życiu nic nie zagraża.

 

Reuters