2 stycznia 2006 roku, kilka minut po godzinie 23:00, auto 19-letniego Huberta Nowaka wpadło w poślizg. Chłopak dachował i uderzył w słup energetyczny koło domu przy ul. Płowieckiej w Warszawie. Lekarz, który przyjechał na miejsce zdarzenia, bez wydostania Huberta z samochodu uznał, że chłopak nie żyje. Po około 70 minutach od wypadku nagle jeden z policjantów dostrzegł, że zakleszczony w pojeździe mężczyzna się porusza.

 

Ponownie wezwana karetka reanimacyjna udzieliła Hubertowi pomocy, ale dotarł do szpitala dopiero po dwóch godzinach od wypadku. Rodzice chłopaka uważają, że to właśnie niewłaściwe działanie lekarza, który przybył na miejsce zdarzenia, a także strażaka, który dowodził akcją ratowniczą, są przyczyną aktualnej ciężkiej choroby ich syna.

 

Sądowa batalia

 

Proces toczył się latami. Prokuratura kilkukrotnie umarzała sprawę przeciwko lekarzowi Andrzejowi M. Dopiero rodzice Huberta prywatnym aktem oskarżenia doprowadzili lekarza na ławę oskarżonych. Po 9 latach Sąd Rejonowy w Warszawie skazał mężczyznę na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Lekarz jednak odwołał się od wyroku. - Zostałem oskarżony o to, że doprowadziłem tego człowieka do takiego stanu, a sytuacja wygląda tak, że to ja wyciągnąłem go żywego z tego samochodu - powiedział Andrzej M. podczas ostatniej rozprawy.

 

Teraz Sąd Okręgowy w Warszawie umorzył postępowanie ze względu na przedawnienie.

 

Dlaczego nie można liczyć na sprawiedliwość, dlaczego pozwolono na przedłużanie procesu, a w wyniku tego na przedawnienie – o tym w niedzielę o 19.30 w programie "Państwo w Państwie".

 

Zobacz poprzedni program poświęcony Hubertowi Nowakowi.