- Nowotwory ginekologiczne są jednym z bardziej ignorowanych problemów zdrowotnych - powiedziała w rozmowie z polsatnews.pl Danielle Sepulveres. Właśnie dlatego dziennikarka, pisarka i edukatorka seksualna przy pomocy rysowniczki, Maritzy Lugo, postanowiła stworzyć kampanię, o której mówiłby świat i która przeniknęłaby do głównego medialnego nurtu. By swój cel osiągnąć, wykorzystały znane pod wszystkimi szerokościami geograficznymi księżniczki z najpopularniejszych bajek wytwórni Walta Disneya.  

 

W ten sposób w akcji promującej świadomość zagrożenia związanego z rakiem szyjki macicy pojawiły się budzące jedynie pozytywne skojarzenia postaci. M.in. przygotowująca się do badania ginekologicznego Mulan (postać z bajki z 1998 r. nawiązująca do starożytnej chińskiej legendy o Hua Mulan), zasięgający porad na temat  planowania rodziny Alladyn i Jasmina. A także oddająca krew do badania Bella, z bajki "Piękna i bestia".

 

- Zorganizowałam małe badania na swoim Facebooku, by dowiedzieć się, które księżniczki cieszą się największą popularnością wśród moich znajomych – tak Danielle Sepulveres tłumaczy wybór postaci.

 

Jedna z twórczyń kampanii przyznaje, że choć księżniczki pewnie bardziej trafiają do świadomości kobiet – grupą docelową byli także nastoletni chłopcy. Trzeba pamiętać, że wirus HPV, wywołujący raka szyjki macicy, przenoszony jest drogą płciową. A w wielu krajach świata także nastolatkowie objęci są szczepieniami przeciwko HPV. – Poza tym kampania miała trafić także do rodziców – podkreśla Sepulveres. Dodaje, że głównie spotkała się głównie z pozytywnymi reakcjami na kampanię. Jednak byli i tacy, ze środowiska antyszczepionkowego, którzy ideę wyśmiali.

 

 

 

Polska na szarym końcu

 

Kampania, która odbiła się szerokim echem za Oceanem, przydałaby się także w Polsce. U nas rak szyjki macicy wciąż jest drugim co do częstości występowania nowotworem narządów płciowych u kobiet do 45 roku życia. Każdego roku nawet 3,5 tys. Polek dowiaduje się o chorobie. Połowa a nich trafia do lekarza za późno, gdy na efektywne leczenie nie ma już szans.

 

- Gdy promowane były darmowe badania cytologiczne i mammograficzne, a paniom do domów wysyłano specjalne zaproszenia, skorzystało z nich mniej niż 23 proc. Polek. W Finlandii z takich samych korzysta 90 proc. kobiet - zauważa w rozmowie z polsatnews.pl ginekolog, prof. Romuald Dębski. Jako powód tak wysokiej zachorowalności podaje "brak systematyczności" w wykonywaniu badań.

 

– Dzielę kobiety na dwie grupy. Jedna z nich, to panie, które przychodzą na cytologię co pół roku. Nawet, gdy taka częstotliwość nie jest potrzebna. Zaś druga grupa, to panie, które na pytanie kiedy ostatnio miały robioną cytologię, mówią, że po urodzeniu dziecka. Tyle, że np. córka kończy właśnie 18 lat – opowiada profesor.

 

Zdaniem eksperta kobiety powinny się badać raz na trzy lata. Chyba, że są w grupie ryzyka.

 

Jednak problemem, zdaniem profesora, jest wciąż niewielka wiedza pacjentów o szczepieniach przeciwko HPV. Jak zauważa, w Polsce kilkanaście miast je refunduje. Zaś w całym kraju są jedynie "rekomendowane", a nie "refundowane". Podczas, gdy w Australii, jak dodaje prof. Dębski, problem został w zasadzie wyeliminowany, "jak ospa", gdyż wszystkie dziewczęta i chłopcy przed rozpoczęciem współżycia są szczepieni.

 

 

 

Kłopot z fotelem

 

Jak wynika z opublikowanego przed dwoma laty raportu Grupy Edukatorów Seksualnych "Ponton", kolejny problem w kontekście profilaktyki przeciwko rakowi szyjki macicy i wszystkim innym nowotworom "ginekologicznym" – polega na konieczności chodzenia do lekarza. Fotel ginekologiczny wciąż odstrasza i dla części wiąże się z traumą.

 

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez „Ponton”, mimo że 74 proc. badanych deklarowało regularne wizyty u ginekologa, to zbyt dużo (17,7 proc.) mówi, że lekarza odwiedzało sporadycznie. Poza tym aż 8 proc. kobiet w przedziale wiekowym 16–25 lat – nigdy nie było u lekarza. A jeśli już rozpoczęły współżycie, powinny to zrobić.

 

- Właśnie dlatego kompleksowa edukacja seksualna, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na świecie, jest tak potrzebna - przekonuje Danielle Sepulveres.

 

 

 

 

polsatnews.pl