- Z jednej strony mamy Wałęsę i jego fanów, którzy mówią, że powinniśmy prawdę zatajać, żeby bronić naszego narodowego autorytetu. Ja tego zupełnie nie rozumiem, bo zadaniem dziennikarzy jest pokazanie prawdy jakkolwiek byłaby ona niewygodna. Jeśli autorytet ma być autorytetem, powinien umieć odpowiadać na pytania, a nie kryć niewygodne prawdy na swój temat - powiedział publicysta w rozmowie z Agnieszką Gozdyrą.

 

- Z drugiej strony mamy czystych moralnie krytyków Lecha Wałęsy z Jarosławem Kaczyńskim na czele, który to w swoim obozie ma wielu ludzi bezpośrednio współpracujących z aparatem represji, jak np. pan Piotrowicz (poseł PiS Stanisław Piotrowicz, działał w PZPR i będąc prokuratorem oskarżał działacza NSZZ "Solidarność - red.), czy Targalski (Jerzy Targalski - red.), który sam przez lata był w PZPR - dodał.

 

"Mógłby się po prostu przyznać"

 

- Ja mam wrażenie, że pan Wałęsa trochę kręci. Nie rozumiem, po co on to robi, ponieważ z akt IPN wynika, że jego współpraca dotyczyła lat 1970-76, czyli nie tych, kiedy działał w "Solidarności" i zmieniał nasz kraj - uważa Szumlewicz.

 

Jak powiedział, w związku z tym "mógłby się po prostu przyznać, że po pewnym czasie zmienił zdanie lub, że np. na początku lat 70-tych jak bardzo wielu ludzi popierał PZPR".  - Lepiej się przyznać, niż kręcić. Ja pamiętam, jak Kwaśniewski ściemniał, że ma wyższe wykształcenie. To było mniejsze kłamstwo, ale i tak bez sensu, bo przecież i tak był lepiej wykształcony od Wałęsy - ocenił Szumlewicz.

 

- Mam wrażenie, że duża część polskich dziennikarzy wyhodowała Lecha Wałęsę jako mit, symbol i wielkiego bohatera, a "Solidarność", czy PZPR to były przecież ruchy wielomilionowe i bardzo zróżnicowane - podsumował.

 

Polsat News