- Widać, że współczesna Polska oparta jest na kłamstwie wynikającym z braku dekomunizacji i niedoskonałej lustracji – stwierdził Jarosław Gowin w rozmowie z Dorotą Gawryluk.


Zastrzegł jednak żeby "zostawić ostatnie słowo historykom". – Poczekajmy na opinie grafologa i opinie historyków, którzy będą interpretować te donosy w kontekście wydarzeń z tamtych czasów – uważa wicepremier.

 

- Bezsprzeczne jest, że istniał TW "Bolek" oraz to, że jego donosy przez pierwszych parę lat były bardzo szkodliwe. Bezsprzeczne jest też, że zerwał współpracę i o tym także trzeba pamiętać. Jeżeli historycy potwierdzą, że TW "Bolkiem" był Lech Wałęsa to wtedy powstanie fundamentalne pytanie o to, co działo się z tymi aktami i innymi takimi „szafami” po 1989 roku – podkreślił Jarosław Gowin.

 

"Dobra decyzja IPN"

 

Jego zdaniem Instytut Pamięci Narodowej dobrze zrobił upubliczniając dostęp do dokumentów przed sporządzeniem opinii grafologa. - Gdyby IPN tego nie zrobił to ci sami, którzy zarzucają teraz, że uprawia jakąś grę stawialiby identyczne zarzuty, mówiąc, że w IPN toczy się dziwna gra i dlaczego nie pokazuje zawartości tych teczek – ocenił wicepremier.

 

W jego opinii chodzi w tej sprawie o brak przecięcia powiązań między dawnymi komunistycznymi służbami specjalnymi, a ich byłymi tajnymi współpracownikami.  – Z całą pewnością do dziś są oni ofiarami szantaży i instrumentem w różnych rozgrywkach byłych oficerów SB. Pytanie gdzie jeszcze są kopie tego typu dokumentów – w Polsce czy poza granicami – powiedział Jarosław Gowin. 

 

W poniedziałek IPN udostępnił w czytelni akt Instytutu przy ul. Kłobuckiej w Warszawie pierwszy pakiet dokumentów zabezpieczonych w domu Kiszczaka. Są to m.in. teczka personalna i teczka pracy z lat 1970-1976 TW "Bolek", gdzie znajduje się odręcznie napisane zobowiązanie do współpracy, podpisane: Lech Wałęsa "Bolek". Są tam też doniesienia "Bolka" oraz notatki funkcjonariuszy SB ze spotkań z nim, a także inne materiały.

 

Polsat News