Zdaniem Macieja Świrskiego, Maria Kiszczak ujawniając dokumenty przechowywane w domu przez jej męża, "daje sygnał, że nie ma czego u niej szukać" i tym samym się zabezpiecza.  - Kiszczakowa ratowała życie oddając dokumentację - powiedział i porównał jej sytuację do sytuacji małżeństwa Jaroszewiczów (były premier i jego żona zostali zamordowani w 1992 r. – red.).

 

Paweł Kowal, historyk i były poseł do PE, przypomniał w Polsat News, że "w archiwum Jaroszewiczów chodziło o wątpliwości dotyczące generała Jaruzelskiego i jego powiązania z sowieckimi służbami". - Według plotek i różnych źródeł, było przekonanie, że z pewnych powodów to Jaroszewicz jest powiernikiem tajemnic, które miał Świerczewski, które dotyczyły w konsekwencji młodego Jaruzelskiego - mówił Kowal odnosząc się do słów Macieja Świrskiego, jakoby wdowa po generale Kiszczaku ratowała życie oddając dokumentację zgromadzoną przez jej męża.

 

"Budował aparat szantażu"

 

Goście Polsat News zastanawiali się tez nad tym, czy i ewentualnie jakie decyzje Lecha Wałęsy wynikały z tego, że mógł był szantażowany przez Kiszczaka, albo innych, którzy mieli dostęp do tajnych dokumentów.

 

- Widać wyraźnie, że rok kiedy Kiszczak był wicepremierem w rządzie Mazowieckiego, to był rok kiedy on miał czas na wynoszenie dokumentów, niszczenie ich i na zbudowanie aparatu szantażu. Jeżeli nieszczęsna generałowa Kiszczakowa mówi, że Kiszczak chciał pomóc Wałęsie, to każdy kto ma poukładane w głowie wie, że gdyby chciał pomóc Lechowi Wałęsie, a miałby oryginały, to by je spalił albo przekazał Wałęsie. Wyraźnie nie chciał mu pomóc. Wokół tej sprawy toczyła się jakaś gra - mówił Kowal.

 

Byłu europoseł zauważył też, że Lech Wałęsa miał wiele sytuacji, w których "mógł wyznać prawdę na temat teczek. A wtedy pewnie zdecydowana większość Polaków by go zrozumiała".

 

Polsat News