Do położnej w pobliżu koła podbiegunowego miejscowości ciężko dotrzeć drogą lądową. Do przeprowadzki nie zachęca także temperatura, która zimą potrafi spaść do nawet minus 50 stopni Celsjusza.

 

- Od dawna walczymy z tym problemem - przyznała Nicky Richards, odpowiedzialna w mieście za sprawy ekonomiczne, a aktualnie zajęta poszukiwaniem bezrobotnego fryzjera. - Po prostu nie ma u nas kogoś takiego - dodała.

 

Niektórzy z mieszkańców próbują sobie samodzielnie radzić z problemem. Richards regularnie dba o fryzurę męża, przyjaciela i swojego szefa. - Nie jestem fryzjerką w najmniejszym stopniu, ale mam nożyczki i po prostu z nich korzystam - powiedziała. - Potrzebowałem nowej fryzury. Więc obciąłem się przed budynkiem, na parkingu, nożycami do strzyżenia owiec - powiedział z kolei w rozmowie z Canadian Broadcasting Corporation, inny mieszkaniec, Ryan Spurrel.

 

17 godzin po nową fryzurę

 

Sama Richards, która ma bujne loki, nie chce jednak oddać swoich włosów w ręce amatora. Wizytę u fryzjera najczęśćiej łączy z wyjazdem z Norman Wells. Nie jest to jednak łatwe - do najbliższego salonu jest 17 godzin jazdy.

 

Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat przez Norman Wells przewinęło się kilku fryzjerów. Został po nich wyposażony salon z krzesłami, lustrami i umywalką. Obecnie lokal czeka na wynajem - ewentualny fryzjer będzie musiał przyjechać jedynie z narzędziami i produktami kosmetycznymi.

 

Ponieważ miasteczko służy za centrum komunikacyjne dla kilku innych otaczających je osad, liczba potencjalnych klientów szacowana jest na kilka tysięcy.

 

theguardian.com