Opis ran odniesionych przez psa, który lekarze z kliniki weterynaryjnej zamieścili na profilu Centrum Adopcyjnego Lecznicy Ada jest wstrząsający.

 

"Mariupol? Syria? Nie, do cholery… Polska wioska. Miało być szybko, bezboleśnie, bez problemu. Miejscowy przecież wziął sprawy w swoje ręce. Wyszło jak zwykle - bez sensu, bez serca, bez znieczulenia. Dubeltówka? Chyba tak, chyba »na słonia«. Z łapy nie ma co zbierać. Skóra? Mięśnie? Brak. Już ich nie ma, nie istnieją. Z krwawej miazgi trudno będzie poskładać łapę, tchnąć życie w zmasakrowane ciało. O boże! Jeszcze szyja. Odłamek poszedł aż pod tętnice. Dziwne, że jeszcze żyje… Chyba chce walczyć. Łapy zdarte do krwi. Kilka dni czołgała się do drogi. Kilkaset metrów z raną postrzałową, nie lada wyczyn" - opisali losy psa lekarze z kliniki "Ada".

 

 

 

Konającą suczkę zauważył mieszkaniec Kosienic w gminie Żurawica na Podkarpaciu. - Po zmianach martwiczych w ranach można ocenić, że pies od co najmniej czterech dni czołgał się w poszukiwaniu ratunku - powiedział polsatnews.pl dr Fedaczyński.

 

- Miał bardzo ciężkie obrażenia. Psa okaleczonego w tak barbarzyński sposób jeszcze w klinice nie mieliśmy, choć trafiają do nas często psy, do których ktoś strzelał z wiatrówki lub sztucera. Jednak postrzelony z dubeltówki pies praktycznie nie ma szans na przeżycie - zostaje z niego funt kłaków - stwierdził Fedaczyński.

 

Stan stabilny, rokowania ostrożne

 

Stan zoperowanego zwierzęcia lekarz ocenił w czwartek rano, jako stabilny, ale zastrzegł, że rokowania są ostrożne. – Na razie najważniejsze, że Frida (tak nazwano psa w lecznicy - red.) przeżyła. Czeka ją jednak co najmniej kilka operacji. Będzie na przykład konieczny przeszczep skóry – wyjaśnił Fedaczyński.


Zapowiedział, że jeszcze w czwartek zgłosi sprawę do prokuratury. - Nie zgłosimy tego na policję, gdyż takie zgłoszenia kończą się zwykle umorzeniem. Przygotowujemy dokumentację, licząc na poważniejsze potraktowanie sprawy w prokuraturze - wyjaśnił.