Dochodzenie wszczęto po doniesieniu, jakie złożył w październiku 2015 roku w prokuraturze mieszkaniec Słupska, który wyznanie prezydenta Biedronia przeczytał na łamach amerykańskiej gazety "The New York Times".

 

"Uwielbiam marihuanę, jej zapach"


Robert Biedroń w wywiadzie powiedział: "Uwielbiam marihuanę, jej zapach. Nie jestem uzależniony. Nienawidzę na przykład alkoholu i innych używek. Słodycze lubię. Jestem uzależniony od słodyczy. Marihuana sprawia mi przyjemność. Mam wiele wspólnego w tej kwestii z Witkacym. To też jest towar promujący nasze miasto".


Prezydent Słupska przyznał też, że jest zwolennikiem legalizacji marihuany do celów medycznych. Przekonywał, że: "marihuana ma mniejsze skutki uboczne w przeciwieństwie do innych używek. Natomiast w obecnej sytuacji zyskują dilerzy, a państwo traci profity".

 

Mieszkaniec uznał, że prezydent jest winny


Zdaniem mieszkańca, który złożył doniesienie na Roberta Biedronia, miał on swoim oświadczeniem w mediach złamać artykuł 62.1 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, który mówi o karze pozbawienia wolności do lat 3 za posiadanie środków odurzających lub substancji psychotropowych. Mieszkaniec uznał bowiem, że wyznanie prezydenta Słupska miało charakter przyznania się do winy.


Prokuratura poleciła zbadać sprawę policji, która według nowych przepisów prowadzi dochodzenia. Zadanie zlecono policji w Lęborku, by uniknąć posądzeń o wpływ samorządowców na lokalnych funkcjonariuszy. Lęborska policja uznała, że przestępstwa nie było.


gp24.pl