W listopadowych wyborach NLD, przez lata tłumiona przez reżim wojskowych w Birmie, odniosła przytłaczające zwycięstwo, otrzymawszy 80 proc. miejsc w niższej i wyższej izbie parlamentu, co dało jej prawo do tworzenia rządu.


Sukces partii wieloletnie birmańskiej dysydentki Aung San Suu Kyi  w pierwszych od ćwierćwiecza wolnych wyborach w Birmie wzbudził wielkie nadzieje wśród mieszkańców kraju, zmęczonych katastrofalnymi dla gospodarki rządami wojskowych.


Armia wciąż z dużą władzą


Przed ta laureatką Pokojowej Nagrody Nobla stoi wiele wyzwań, wynikających głównie z tego, że wojskowi zachowają sporą władzę w kraju. Szef armii wciąż będzie mógł obsadzać resorty spraw wewnętrznych, obrony i ds. terenów przygranicznych.


Ponadto konstytucja gwarantuje armii jedną czwartą miejsc w parlamencie, co daje jej prawo wetowania ewentualnych zmian w ustawie zasadniczej. Suu Kyi spotkała się z dowództwem armii w celu zapewnienia gładkiej zmiany władzy i dowódcy obiecali jej nie ingerować - odnotowuje agencja Associated Press.


Suu Kyi nie będzie prezydentem


Pierwszym zadaniem nowego parlamentu będzie wybranie przyszłego prezydenta kraju. Ten skomplikowany proces może potrwać wiele tygodni. - Nie wiemy dokładnie, kiedy odbędą się wybory prezydenckie. Nie możemy też na razie nic powiedzieć na temat ewentualnych kandydatów - powiedział jeden z deputowanych NLD Zayar Thaw.


Sama Suu Kyi nie będzie mogła ubiegać się o najwyższy urząd w państwie, gdyż birmańska konstytucja wyklucza z wyścigu osoby posiadające krewnych z obcym paszportem. Synowie Suu Kyi mają brytyjskie obywatelstwo. Opozycjonistka zapewniła jednak przed wyborami, że to ona będzie de facto sprawować władzę, gdyż będzie "ponad prezydentem".

 

PAP