Islandzka Partia Piratów powstała w 2012 roku. Założyli ją lokalni aktywiści, poeci i hakerzy, którzy nie kryli inspiracji międzynarodowym ruchem o tej samej nazwie. Piraci już rok później odnieśli swój pierwszy mały sukces - w kwietniowych wyborach do 63-miejscowego parlamentu zdobyli trzy mandaty.

 

Według nowego badania ośrodka sondażowego MMR, partia obecnie cieszy się jednak znacznie wyższym poparciem - 37,8 proc. Dla porównania, koalicja rządząca krajem, w skład której wchodzą Partia Niepodlełości oraz Partia Postępu, może liczyc w sumie na 30-procentowe poparcie.

 

Narkotyki, prawo autorskie i... demokracja bezpośrednia

 

Ugrupowanie ma bardzo wyraziste poglądy - jego członkowie opowiadają sie za 35-godzinnym tygodniem pracy, poluzowaniem polityki narkotykowej oraz oczywiście zmianami w prawie autorskim. Partia nie ma nawet swojego lidera, choć najczęściej w jej imieniu wypowiada się poetka i posłanka Birgitta Jonsdottir.

 

- Nie wydaje mi się, że jest jakiś jeden konkretny powód naszej popularności. Ludzie w naturalny sposób są zmęczeni obietnicami składanymi przez polityków przed wyborami, tylko po to, żeby po wyborach znowu zobaczyć partie negocjujące między sobą i odsuwające się od swoich deklaracji - powiedziała w rozmowie z "Australian Financial Review" Jonsdottir.

 

Jej partia domaga się także rozdzielenia działów komercyjnych oraz inwestycyjnych banków funkcjonujących w Islandii. Kraj w 2008 roku zbankrutował, a według Partii Piratów obecnie rządząca koalicja "pcha kraj w region nowych zagrożeń finansowych wśród starych struktur bankowych". Partia chce również wprowadzenia demokracji bezpośredniej, aby "zbudowac most pomiędzy obywatelami a tymi, którzy mają im służyć". Dokładny mechanizm działania tej regulacji nie jest jednak znany.

 

independent.co.uk