Zwrot w myśleniu w amerykańskiej armii spowodował prezydent Barack Obama, który jesienią zapowiedział, że za jego kadencji amerykańskie wojska jednak nie opuszczą Afganistanu. Obama tłumaczył, że w 2016 roku pozostanie tam niemal 10 tys. żołnierzy. Później ta liczba zostanie zredukowana do 5,5 tysiąca, ale Amerykanie Afganistanu nie opuszczą.

 

Deklaracja stoi w sprzeczności z pierwotnymi planami prezydenta. Urzędujący drugą kadencję polityk w trakcie kampanii wyborczej obiecywał powrót żołnierzy do kraju. Wyjaśniał, że nie jest zwolennikiem "niekończącej się wojny".

 

Dżihadyści nacierają

 

Zmiana planów to efekt słabości afgańskiego rządu, który jest wrażliwy na ataki bojówek Al-Kaidy. Obecnie w Pentagonie panuje przekonanie, że budowa skutecznej armii i policji w Afganistanie to praca dla całej generacji, która potrwa dekady i będzie kosztować miliardy dolarów każdego roku. Amerykanie obawiają się powtórki z Iraku, po opuszczeniu którego duża część państwa została opanowana przez Państwo Islamskie.

 

Także w Afganistanie siły rządowe mają problemy z utrzymaniem terenów po opuszczeniu państwa przez zdecydowaną większość amerykańskich wojsk. Jako przykład podano prowincję Helmand, którą Amerykanie odbili z rąk talibów w latach 2011-2012. Afgańczycy nie mają odpowiedniej woli walki, brakuje im także uzbrojenia i wyszkolonych oficerów. Sytuajcą w Afganistanie coraz bardziej interesuje się także Państwo Islamskie.

 

- Nauczyliśmy się, że tak naprawdę nie możemy wyjść - powiedział cytowany przez "Washington Post" anonimowy pracownik Pentagonu z doświadczeniem w Afganistanie i Iraku.

 

washingtonpost.com