W czwartek krakowianin długo czekał na pomoc któregoś z zawodników, ale nikt nie zdecydował się na jego holowanie przez 120 km. Zdobywca Pucharu Świata musiał dotrzeć na biwak z pomocą lokalnego transportu, na co nie pozwala regulamin rajdu i tym samym pożegnał się z nadzieją na ukończenie tegorocznego Rajdu Dakar.

 

Najpierw wyciek, później eksplozja

 

Sonik zmagał się z niewielkim wyciekiem oleju. Na trasie do Uyuni pilnował poziomu płynów, ale nie odpuszczał walki i do szóstego punktu pomiarowego jechał na trzeciej pozycji, odrabiając straty do rywali, którzy także nie uniknęli problemów. Wtedy jednak przyszedł feralny moment, gdy na wysokości 4593 m, w okolicach San Vincente, eksplodował mu silnik.

 

- Wypluł cały olej i quad nie mógł dalej jechać. Jeden z zawodników wziął mnie na hol i dociągnął do małej miejscowości. Dalej nie mógł, bo sam miał uszkodzone sprzęgło. Stanąłem w miejscu ograniczenia prędkości do 30 km/godz. tak, aby każdy widział mnie już z daleka. Miejscowi zawinęli mnie w koce i dali kawę. Było bardzo zimno, potem zaczął padać deszcz - relacjonował Sonik.

 

Nie pomógł żaden z zawodników

 

Sonik spędził w tym miejscu kilka godzin, aż do momentu, kiedy przejechały wszystkie quady i samochody, a pojawiły się ciężarówki.

 

- One nie mogły mnie wziąć na hol, bo nie widziałyby mnie w lusterkach. Żaden zawodnik nie zdecydował się ciągnąć mnie przez 120 km po górach, więc musiałem dotrzeć na biwak z pomocą miejscowych. Zapakowali quada na ciężarówkę z lokalnej kopalni srebra i przed godziną 23 boliwijskiego czasu dotarłem do Uyuni - dodał Polak.

 

Jak zaznaczył, nic go nie boli, nie ma obrażeń, jest w dobrej formie. - Nie dzieje się nic, co by zmniejszało moje szanse w kolejnych etapach. I tak się powinno jeździć w Dakarze. Tylko z odrobiną więcej szczęścia. Mam to jednak na uwadze, że przez cztery ostatnie lata nie miałem w ogóle pecha. Teraz w końcu mnie dopadł i od razu podwójnie. Gdyby to nie był etap maratoński, mój serwis naprawiłby usterkę pierwszego dnia, a gdybym nie był w górach i na dodatek w burzy, na pewno ktoś dociągnąłby mnie do mety - powiedział Sonik.

 

"Żeby wygrywać, trzeba tu być"

 

Sonik wraz z zespołem nie zamierza pakować walizek i wracać do Polski. Dojadą z kolumną do końca zmagań w Rosario.

 

- Jedziemy dalej, bo trzeba się uczyć. Żeby wygrywać, trzeba tu być. Będziemy też wspierać pozostałych w rywalizacji Polaków - pooinformował zawodnik.

 

W piątek szósty etap rajdu, którego trasa prowadzi wokół Uyuni o długości 723 km z pomiarem czasu na 542 km.

 

PAP