Dane obejmują wszystkie personalia z list wyborczych: imię, nazwisko, adres zamieszkania, datę urodzin, preferencje wyborcze oraz numer telefonu i adres e-mailowy.

 

Vickery, który pracuje jako informatyk w jednym z przedsiębiorstw w Austin w stanie Teksas, odkrył dostępność tych danych przypadkowo. Dzięki oprogramowaniu udostępnionemu przez strony internetowe CSO Online oraz Databreaches.net udało się mu ustalić, że dane pochodzą ze stanowych list wyborczych.

 

- Najbardziej alarmujące jest to, że w jednym miejscu zgromadzono tak wiele wrażliwych danych - podkreśla informatyk. W jego ocenie dane mogłyby być wykorzystane przez środowiska przestępcze. Podkreślił, że pozostaje w kontakcie z Federalnym Biurem Śledczym (FBI), które bada sprawę przecieku.

 

"Ochrona danych nie mieści się w jurysydkcji Komisji"

 

W komentarzu dla agencji Reutera rzecznik Federalnej Komisji Wyborczej podkreślił, że "ochrona danych wyborców nie mieści się w jurysdykcji Komisji". Regulacje prawne obowiązujące w poszczególnych stanach różnią się od siebie. "W Kalifornii na przykład dane z list wyborczych są ogólnie dostępne, jedyne ograniczenie to zakaz ich upubliczniania poza granicami USA" - przypomina agencja.

 

Zdaniem dyrektora waszyngtońskiego Center for Digital Democracy Jeffa Chestera masowe udostępnienie danych osobowych, w tym takich, które pozwalają zrekonstruować obraz politycznych preferencji i poglądów danej osoby, jest niedopuszczalne i wymaga przyjęcia odpowiednich regulacji prawnych dla uniknięcia tego typu problemów w przyszłości.

 

Firma informatyczna NationBuilder, która najprawdopodobniej odpowiada za błędy w oprogramowaniu, zdaje się bagatelizować problem. - Dane te zawsze były dostępne i upubliczniane w obrębie każdego stanu. Nic nowego z danych osobowych nie wypłynęło - podkreśla jej przedstawiciel Jim Gilligan.

 

PAP