W meczu z Ukrainą zabrakło kontuzjowanych Bartosza Jureckiego, Andrzeja Rojewskiego i Mariusza Jurkiewicza. Lekarz reprezentacji biało-czerwonych Rafał Markowski poinformował, że nie ma również szans, aby któryś z tej trójki zagrał we wtorek.

 

- Jurkiewicz bierze udział w zajęciach z całym zespołem, ale na tę chwilę trudno potwierdzić jego grę w mistrzostwach Europy- dodał.

 

Polacy dominowali mimo osłabienia

 

Mimo osłabienia, to biało-czerwoni od początku dominowali na boisku. Po golu w 13. minucie Michała Jureckiego prowadzili już 8:4 i wydawało się, że będą już tylko powiększać przewagę. Do tego momentu trener Polaków Michael Biegler bardziej denerwował się na sędziów niż na swoich podopiecznych. Ukraina nie radząc sobie z twardą obroną gospodarzy zaczęła szukać szans rzutami z drugiej linii.

 

Przewaga Polaków szybko zmalała i w 21. minucie było już tylko 11:10. W tym momencie biało-czerwoni podeszli wyżej w defensywie i rywale nie mieli już pomysłu na zdobywanie goli. Do końca pierwszej połowy zdołali zdobyć tylko jedną bramkę, a Polacy cztery.

 

Już do przerwy Biegler dał szansę pokazania się 11 zawodnikom, w drugiej połowie nadal mocno rotował składem. Świetną zmianę dał m.in. w bramce Piotr Wyszomirski, który przez blisko 13 minut zachowywał czyste konto.

 

Emocje skończyły się po sześciu minutach

 

Emocje praktycznie skończyły się po sześciu minutach drugiej połowy, w ciągu których Polacy zdobyli pięć goli, a sami nie stracili ani jednego (20:10). Mimo wysokiego prowadzenia ich szkoleniowiec bardzo żywiołowo reagował na wydarzenia na boisku. Kiedy było trzeba, mocno rugał swoich graczy, ale zdarzało mu się też bić brawo i z aprobatą kiwać głową.

 

We wtorek w finale (godz. 20.00) Polaków czeka teoretycznie trudniejsze wyzwanie, bo rywalem będą Czesi, którzy są wyżej notowani niż poniedziałkowi rywale.

 

Wcześniej (godz. 17.30), w meczu o trzecie miejsce, Iran zmierzy się z Ukrainą.

 

PAP