Ameer Mehtr, który obecnie przebywa w Szwecji, wyjaśnił, że nie miał pieniędzy, żeby opłacić przemytników, ponieważ jego rodzina straciła podczas wojny dom, a on sam został bez grosza przy duszy.

 

Mężczyzna do swojej wyprawy przygotowywał się kilka miesięcy. W tym czasie niemal codziennie pod okiem trenera pływał wzdłuż wybrzeża Bejrutu. Mehtr żył w stolicy Libanu po ucieczce z Syrii. W październiku uznał, że jest gotowy do podróży i opracował najkrótszą trasę z wybrzeża tureckiego na wyspę Samos.

 

W końcu przedostał się do Turcji. Jak opowiedział, chciał wypłynąć w pobliżu miasta Guzelcamli, ale musiał przez godzinę uciekać przed policjantami, którzy na wybrzeżu poszukują przemytników ludzi. Zmęczony ucieczką w końcu wskoczył do wody i zaczął płynąć. Jedyne co miał to kąpielówki, gogle, zatyczki do nosa i przywiązane do pasa rzeczy prywatne, w tym karty pamięci ze zdjęciami rodziny i telefon komórkowy.

 

"Cały czas myślałem, że zginę"

 

- W każdej sekundzie przeprawy myślałem, że zginę - powiedział w rozmowie z "The Sunday Times". W sumie pokonał osiem mil morskich. Gdy dotarł na brzeg Samos, dał sobie zrobić zdjęcie z triumfalnie uniesonymi rękami.

 

To nie był jednak koniec jego podróży. Następnie Syryjczyk musiał przejść kilka kilometrów do portu, w którym został zarejestrowany jako uchodźca, spędził miesiąc w obozie dla uchodźców, wreszcie pociągiem trafił do Szwecji.

 

W rozmowie z brytyjską gazetą Mehtr podkreślił, że na pewno nie jest jedynym, który zdecydował się na taką podróż. - Jest o wiele więcej uchodźców, którzy płynęli - powiedział i dodał, że zimą nikt już jego wyczynu nie powtórzy, ponieważ woda jest zbyt chłodna.

 

thesundaytimes.co.uk, independent.co.uk