Spotkanie rozpoczęło się od trafienia największej gwiazdy w ekipie rywalek, jednej z najlepszych rozgrywających świata Cristiny Neagu. Jak się potem okazało, była ona główną bohaterką meczu, raz po raz umieszczając precyzyjnymi rzutami piłkę w polskiej bramce. W sumie zdobyła ich 10.

 

Rumunki na początku popełniły kilka technicznych błędów, za to Polki nie wykorzystały stuprocentowych sytuacji, m.in. Kinga Achruk pojedynku sam na sam z bramkarką. Przeciwniczki szybciej opanowały nerwy i już w szóstej minucie, przy stanie 1:4, trener biało-czerwonych Kim Rasmussen poprosił o czas.

 

Jego uwagi niewiele pomogły. Zgodnie z przewidywaniami rumuńska defensywa grała twardo i nie pozwalała na wyrobienie dogodnej pozycji do rzutu. Na drugie trafienie Polek trzeba było czekać aż do 10. minuty (2:5).

 

Seria nietrafionych rzutów karnych

 

Później rywalki powiększyły przewagę i gdy w 17. minucie wygrywały 10:4, Rasmussen ponownie poprosił o czas na przekazanie uwag drużynie. Biało-czerwone miały ogromne trudności w znalezieniu luki w obronie przeciwniczek. Gdy już ją znalazły, to Rumunki faulowały, a Polki marnowały rzuty karne. Spudłowały m.in. Karolina Kudłacz-Gloc, Kinga Achruk, Monika Stachowska.

 

Bramka w podwójnym osłabieniu

 

Zwieńczeniem koszmarnej pierwszej połowy była jej ostatnia akcja. Rumunki zdobyły bramkę, mimo dwóch zawodniczek na ławce kar. Po raz kolejny dała o sobie znać Neagu, która rzutem z drugiej linii w samo okienko ustaliła rezultat do przerwy na 15:8. Był to jej siódmy gol w meczu.

 

Po przerwie biało-czerwone próbowały odrobić straty. Zbliżyły się na pięć bramek, ale na więcej nie było ich stać. Kolejnego karnego nie zdobyła Hanna Sądej, koleżanki obijały słupki i poprzeczkę, a Rumunia uciekała coraz bardziej. Ostatecznie wygrała 31:22.

 

PAP