Do Dniepropietrowska na wschodniej Ukrainie, mimo trwającego rozejmu, wciąż trafiają kolejni ranni ukraińscy żołnierze.


- Oni  właściwie nie mają szans na przeżycie. Ale to są zwykle młodzi chłopcy. Znacznie młodsi ode mnie. I my lekarze mamy moralny obowiązek dać im szansę - powiedział Andrij Sirko, neurochirurg ze Szpitala Miecznikowa w Dniepropietrowsku.

 

Jednym z rannych jest 24-letni Tristan, który brał udział w walkach o donieckie lotnisko.  Pocisk snajpera trafił tuż obok jego twarzy. Od śmierci dzieliły go centymetry. - Byłem przytomny, ale miałem słaby puls. Usłyszałem jak chłopaki mówią, że nie przeżyję. Wtedy zacząłem krzyczeć, żeby dać im znać, że nie mają racji - opowiadał Tristan. Lekarzom ze szpitala w Dniepropietrowsku udało się uratować jego twarz i jedno oko.

 

- Każda taka operacja to gigantyczne pieniądze. Potrzebne są lekarstwa i sprzęt. Ten sprzęt musi ktoś obsługiwać. Gdyby nie pomoc wolontariuszy i sponsorów, nie moglibyśmy leczyć tych chłopców  - stwierdziła Switłana Ustymenko z Kliniki Okulistycznej w Dniepropietrowsku.

 

To największe miasto w pobliżu strefy walk. Do miejscowego szpitala trafiają ranni prosto z linii frontu. Od początku walk przywieziono tam prawie 2 tysiące rannych. Nie przeżyło 11 z nich.

 

Polsat News