Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy opublikowała w czwartek raport otwarcia, który krytycznie ocenia sposób zarządzania urzędem za czasów prezydentury Bronisława Komorowskiego. Wśród zarzutów pojawiają się nieuzasadnione wydatki, czy też możliwość zniszczenia lub przywłaszczenia mienia należącego do Kancelarii Prezydenta. Najsłabszym elementem, według raportu, było planowanie w zakresie działań i finansów.

 

- Nie zgadzam się z tą oceną – podkreślił Michałowski i jednocześnie zapewnił, że Kancelaria Prezydenta Komorowskiego robiła "wszystko w najlepszej wierze, tak jak umiała i było to robione dobrze".


"Rezydencja w Klarysewie była zapuszczona. W 2010, czy 2011 roku"


Michałowski odniósł się również do zarzutów dotyczących prezydenckiej rezydencji w Klarysewie. Jak mówiła szefowa Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy Małgorzata Sadurska, została ona bez mebli. - Byłem w Klarysewie w 2010 czy 2011 roku i to wtedy był dość zapuszczony budynek, który nie nadawał się do użytku. Nie nadawał się do przyjmowania przedstawicieli innych państw - powiedział Michałowski.

 

Prezydencki minister Andrzej Dera zapowiedział, że kancelaria złoży zawiadomienie do prokuratury w sprawie stanu rezydencji w Klarysewie. Sekretarz stanu podkreślił, że została ona zdewastowana i "nie zostało tam nic poza gołymi ścianami i ruiną".

 

"Moralność nie pozwoliła mi na przerwanie kontraktów"

 

Inny z zarzutów zawartych w raporcie dotyczył umów zleceń w ramach Prezydenckiego Programu Eksperckiego. Michałowski - zgodnie z raportem - miał między 20 lipca a 5 sierpnia 2015 roku podpisać umowy zlecenia w ramach Prezydenckiego Programu Eksperckiego, zajmującego się m.in. prowadzeniem prac analitycznych, na kwotę blisko 200 tys. zł.

 

- Program ekspercki był od czterech lat. W jednym roku udało się nam wyselekcjonować więcej osób, w drugim mniej i stąd różne koszty. To był otwarty konkurs na współpracę z kancelarią i w warunkach tego konkursu było zapisane, że będą przez rok współpracować z Kancelarią Prezydenta. Nie miałem moralnego prawa w połowie kontraktu go przerwać i podpisałem z nimi umowę do końca roku - wyjaśnił Michałowski.

 

"Nie widzę niczego karygodnego w wypłacie nagród pracownikom"

 

Autorzy dokumentu stwierdzają, że przyjęta od 24 maja do 6 sierpnia 2015 roku praktyka zatrudniania pracowników i przyznawania nagród pozostawała w sprzeczności z możliwościami planu finansowego kancelarii. W tym okresie podwyżki otrzymało 15 pracowników kancelarii, a nagrody 328 osób. Łączna kwota nagród przyznanych od maja do sierpnia wyniosła blisko 1,5 mln zł. W tym samym czasie 8 pracownikom zmieniono umowy terminowe na umowy na czas nieokreślony, zatrudniono sześciu pracowników, 14 pracowników otrzymało awans (w tym pięcioro przed rozwiązaniem stosunku pracy). Do pracy w kancelarii wróciły osoby zatrudnione w sztabie wyborczym poprzedniego prezydenta i otrzymały podwyżki.

 

- Jeśli chodzi o umowy o pracę, to ci ludzie pracują w kancelarii, te pieniądze są w kancelarii i do końca roku będą wypłacane. Zlikwidowaliśmy też dwa biura i odprawy to kolejne koszty - dodał.

 

Odnosząc się natomiast do wydania 1,5 mln złotych na nagrody, Michałowski ocenił, że "w momencie, gdy kończy się kadencja, normalne jest, że wypłaca się ludziom nagrody za dotychczasowy czas współpracy". - Nie widzę nic zdrożnego w tym, że zdecydowałem o wypłacie nagród pracownikom na zamknięcie naszej pracy - powiedział.

 

Przeczytaj również:

 

Dera: złożymy zawiadomienie do prokuratury.

 

PAP