"Zawieszenie zaczyna obowiązywać natychmiast. Zabrania centrum antydopingowemu w Moskwie działań związanych z WADA, w tym analizy próbek moczu i krwi. Laboratorium ma 21 dni na odwołanie się od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie" - czytamy we wtorkowym komunikacie.

 

WADA opublikowała w poniedziałek raport liczący ponad 300 stron. Jego znaczna częśc jest jednak utajniona ze względu na śledztwo dotyczące korupcji w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Federacji Lekkoatletycznych (IAAF).

 

Dokument zarzuca Rosji m.in. bezpośrednie ingerowanie w wyniki badań dopingowych, niszczenie próbek, fałszowanie wyników, ukrywanie zawodników, u których można było znaleźć ślady zakazanych substancji, a nawet zastraszanie pracowników moskiewskiego laboratorium przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB). Według agencji w Rosji panuje "głęboko zakorzeniona kultura oszustwa sportowego", a jeśli chodzi o lekką atletykę - nie ma żadnych zahamowań w stosowaniu niedozwolonych środków.

 

WADA wnioskuje m.in. o dożywotnią dyskwalifikację pięciu sportowców z Rosji, dożywotni zakaz pracy w sporcie nałożony na pięciu rosyjskich szkoleniowców i działaczy, zawieszenie przez IAAF rosyjskiej federacji lekkoatletycznej (ARAF).

 

W sprawę miał być zamieszany dyrektor moskiewskiego laboratorium Grigorij Rodczenkow, który zlecił zniszczenie 1417 próbek w grudniu 2014 roku, zaledwie na kilka dni przez zapowiedzianym audytem wyznaczonym przez WADA. To wówczas Andriej Baranow, agent maratonki Liliji Szobuchowej, zeznał przed komisją Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych, że jego zawodniczka zapłaciła po 450 tys. euro dwóm rosyjskim działaczom za zatuszowanie jej wyników testów antydopingowych.

 

"Zarzuty bez sensu, nie trzymają się kupy"

 

Rosjanie odpowiadają, że dowodów na przestępcze działania Rodczenkowa nie ma,  a szef rosyjskiego ministerstwa sportu zapewnił w oświadczeniu, że rosyjski "system antydopingowy spełnia wszystkie restrykcyjne zalecenia WADA i MKOl". 

 

"Jesteśmy świadomi tego, z jakimi problemami boryka się krajowy związek lekkoatletyczny i już podjęliśmy działania, by sytuacja została opanowana" - zapewniono. W oświadczeniu podkreślono jeszcze raz, że państwo nie miesza się do pracy krajowej agencji antydopingowej RUSADA oraz laboratorium w Moskwie.

 

Raport agencji antydopingowej nie przekonuje także rzecznika prasowego Kremla Dmitrija Pieskowa, który uważa zarzuty opublikowane w nim za nieprawdziwe, ponieważ nie zostały udowodnione. - Dlatego w Rosji nie bierze się pod uwagę dymisji ministra sportu Witalego Mutki - mówił Pieskow.

 

- Dopóki nie dostaniemy dowodów na wszystkie te oskarżenia, trudno kogokolwiek za coś winić. Ten raport nie ma żadnego sensu, zarzuty nie trzymają się kupy - ocenił.

 

Rosyjscy lekkoatleci nie pojadą do Rio?  

 

IAAF czeka do końca tygodnia na oficjalne stanowisko strony rosyjskiej w sprawie opublikowanego raportu. Na 26 i 27 listopada zwołano w Monte Carlo specjalne posiedzenie, na którym będzie m.in. omawiane wykluczenie tego kraju ze struktur organizacji. Jeśli taka decyzja, zapadnie żaden sportowiec nie będzie mógł uczestniczyć w oficjalnych zawodach, w tym w igrzyskach olimpijskich, które odbędą się w 2016 roku w Rio de Janeiro.


- Jeśli IAAF zawiesi rosyjską reprezentację lekkoatletyczną, to MKOl nie dopuści jej do uczestnictwa w igrzyskach olimpijskich. Międzynarodowy komitet bardzo ściśle współpracuje z WADA i jej rekomendacje są bardzo poważnie traktowane - wyjaśnił Jan Łukomski, specjalista prawa sportowego. Jednak jego zdaniem ewentualne wykluczenie Rosjan z igrzysk należy traktować jako ostateczność.

 

- Myślę, że zarówno MKOl, jak i IAAF, nie zależy na tym, by reprezentacja z tak silnego kraju nie wzięła udziału w igrzyskach. Z jednej strony przypadki stosowania dopingu szkodzą wizerunkowi tych związków, a także sponsorów. Ale też obniżenie poziomu sportowego w przypadku braku Rosji tak samo szkodzi całemu olimpizmowi i tej konkretnej imprezie, która w przyszłym roku odbędzie się w Brazylii - podsumował.

 

Senegalski ślad w rosyjskiej aferze

 

Podczas narady IAAF w Monte Carlo zostanie także omówiona sprawa byłego szefa IAAF Senegalczyka Lamine Diacka, który pełnił tę funkcję od 1999 do sierpnia tego roku. Niedawno znalazł się na celowniku francuskiej prokuratury, która podejrzewa go o korupcję i pranie pieniędzy. 82-letni Diack miał otrzymać ponad milion euro w 2011 roku, aby zatuszować pozytywne wyniki testów antydopingowych rosyjskich lekkoatletów. Podejrzany jest również jego syn Papa Massata Diack i trzy inne osoby. Komisja Etyczna Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) domaga się tymczasowego pozbawienia go statusu honorowego członka.

 

- Nie rozumiem, dlaczego taki człowiek - majętny i w tym wieku, bawił się w coś takiego. Dla mnie to totalna bzdura. To tak samo, jakby mnie teraz złapano na stosowaniu niedozwolonych środków, mimo że jestem u schyłku kariery. Nie jestem w stanie pojąć motywów działania Diacka - przyznał mistrz olimijski i świata w rzucie dyskiem Szymon Ziółkowski.

 

Czołowy polski lekkoatleta nie jest jednak zdzwiony doniesieniami o tuszowaniu dopingu w Rosji, choć zaznaczył, że doping na taka skalę dotyczy nie tylko rosyjskich sportowców.

 

- Pod lupę należałoby wziąć wszystkiego kraje byłego ZSRR, a także Chiny czy Kenię. Problem jest znacznie większy, niż w tej chwili może nam się wydawać - powiedział. Jego zdaniem kary za doping i dla zawodników i dla federacji powinny być znacznie wyższe, a za stosowanie niedozwolonych środków podczas igrzysk powinno grozić więzienie.

 

Obecnie minimalny okres dyskwalifikacji sportowca złapanego na nielegalnym dopingu wynosi 4 lata, a jego wyniki zostają anulowane.

 

Cały raport WADA znajdziesz tutaj

 

Czytaj także:

 

Dopingowe kłopoty Rosji

 

Szef IAAF zszokowany skalą afer: korupcją, wymuszeniami, szantażami, ukrywaniem dopingu

 

PAP