"Koniec świata" zdarzył się w Epecuén dokładnie 30 lat temu. Fala powodziowa przerwała pobliską tamę, która zalewając miasto zmusiła tysiące ludzi do pośpiesznej ewakuacji.

 

- Straciłam swoje korzenie, swoją tożsamość, dopiero teraz to do mnie dociera - mówi Viviana Castro, była mieszkanka wymarłego miasta.

 

Miasto turystów wyłania się z jeziora Largo

 

Epecuén do 1985 roku było mekką argentyńskich urlopowiczów.  Dzięki połączeniu kolejowemu z Buenos Aires, w sezonie miasto było oblegane, a informacje o dobroczynnym działaniu słonych wód z jeziora Epecuén docierały daleko za Argentynę. Dziś w mieście został tylko jeden mieszkaniec. 85-letni Pablo Novak. Kronikarz upadku Epecuén.

 

- Okazało się, że naderwane w powodzi tamy nie dadzą się naprawić, wszystko zostało zniszczone - twierdzi Novak.

 

Woda jeziora cofa się i odsłania 30-letnie zniszczenia. Epecuén już nie nadaje się do zamieszkania, ale jednocześnie nie brakuje chętnych i ciekawskich, którzy chcą obejrzeć zniszczone miasto. Jadą tutaj, jak dawniej jechali do wód leczniczych. Epecuén z wolna staje się ponownie atrakcją turystyczną. Nie jest to jednak atrakcja na miarę kurortu uzdrowiskowego, a raczej coś na kształt japońskiej Fukushimy po wybuchu elektrowni atomowej.

 

Polsat News