W pochodzie wzięło udział około 500 osób. To w większości sąsiedzi, mieszkańcy okolicznych ulic, którzy solidaryzują się z rodziną zmarłej i jej dziećmi.


Do tragedii doszło w nocy z pierwszego na drugiego listopada. Według początkowych ustaleń rodzina się zaczadziła, ale po kilkunastu godzinach okazało się, że doszło do zbrodni, prawdopodobnie na tle finansowym. Na miejscu tragedii mieszkała 26-letnia kobieta z rocznym synkiem i ośmioletnią córką. Właśnie w nocy odwiedziła ją znajoma, która mieszkała w pobliżu. Kobiety miały razem prowadzić interesy na jednym z warszawskich cmentarzy. Łączył je również wspólny partner. Ojciec dzieci zamordowanej był aktualnym parnerem 33-latki, która ją tej feralnej nocy odwiedziła.

 

Przyznała się do winy

 

Pojawiają sie różne wersje dotyczące motywu zbrodni. Według niektórych kobiety nie mogły sie porozumieć w kwestii rozliczenia utargu z cmentarza, inni mówią o alimentach. 33-latka jednak zaatakowała 26-latkę, zadała jej wiele ciosów i poderżnęła gardło.

 

Gdy zobaczyła, co się stało, podpaliła mieszkanie, aby zatrzeć ślady. Były w nim dzieci i to one się zaczadziły. Dlatego usłyszała zarzuty potrójnego morderstwa, do którego się przyznała. Jest objęta trzymiesięcznym aresztem.

 

Marsz milczenia ma być sygnałem, że sąsiedzi i przyjaciele rodziny mówią przemocy: "nie".

 

Polsat News