Funkcjonariusze z tzw. grupy mobilnej wytypowali do kontroli granatowego Chryslera Voyagera na polskich numerach rejestracyjnych. Pojazd wjeżdżał z Obwodu Kaliningradzkiego. Gdy celnicy podchodzili do samochodu ich pies zaczął się dziwnie zachowywać. Po otworzeniu drzwi pojazdu, zapach zdradził wszystko - w środku były ryby.

 

 

- Zgodnie z przepisami do Polski można wwieźć 20 kg patroszonych ryb. Kierowca od razu powiedział, ża ma ich 80 kg. Potem zmienił zdanie i stwierdził, że to 100 kg - mówi w rozmowie z polsatnews.pl rzecznik prasowy olsztyńskiej izby celnej, podinspektor Ryszard Chudy. Patroszone sandacze poupychane były w całym samochodzie. Zarówno w kabinie, jak i w bagażniku. Po zważeniu okazało się, że  jest ich ponad 314 kilogramów. - Wszystkie przekazaliśmy do utylizacji. Sposób ich przewozu urągał normom sanitarnym - mówi Chudy.

 

 

Celnicy przyznają, że przemyt patroszonych ryb zdarza się tak rzadko, że nie potrafią odnieść się do tego, czym kierował się przemytnik.