Postawa lidera Partii Razem jest największą niespodzianką wtorkowej debaty ośmiu komitetów wyborczych. Jego ugrupowanie, do tej pory szerzej nieznane, wreszcie przebiło się do głównego nurtu w mediach.

 

Zandberg wywalczył sobie wszystko sam. Wystarczyło "tylko" zaprezentować się lepiej od reszty kandydatów. Jego świeżość, charyzma i pewność siebie uwiodły wielu obserwatorów. Zandberga chwalili eksperci choćby w studiu Polsat News, ale pierwsze komplementy posypały się jeszcze w trakcie debaty na Twitterze. I trafiały do sieci długo po niej.

 

 

 

 

Jedni chcą w Polsce Budapesztu, on wolałby Danię

 

Kluczowa dla zrozumienia Zandberga jest nota biograficzna, którą znajdziemy na stronie Partii Razem. Zwycięzca wtorkowej debaty "został przywieziony do Polski przez rodziców trzydzieści lat temu".

 

"Odtąd dokłada starań, żeby Polskę nieco do Danii upodobnić. Po drodze zdarzyło mu się bronić bezpłatnych studiów, organizować protesty przeciw wojnie w Iraku, rozkręcać kampanię przeciwko korporacjom wyprowadzającym zyski do rajów podatkowych, Warszawską Kooperatywę Spożywczą i parę innych inicjatyw. Zawodowo programuje i uczy" - czytamy.

 

Kontrowersyjny program

 

W ogólnym zachwycie nad postawą Zandberga warto sobie jednak uświadomić, że jego partia ma jeden z najbardziej radykalnych programów wyborczych. Teoretycznie mógł być więc łatwym celem dla innych biorących udział w debacie. Zlekceważonemu przez pozostałą siódemkę Zandbergowi nikt nie wypomniał tak drastycznych postulatów jak 75-procentowy podatek dla osób zarabiających ponad 500 tys. zł rocznie.

 

I może dzięki ignorancji innych polityków dowiódł, że hasło jego partii - "Inna polityka jest możliwa" - jest jak najbardziej prawdziwe. Liderzy pozostałych ugrupowań nie uznali go za żadne zagrożenie. Pomylili się.

 

Polsat News