W połowie sierpnia ujawniona została w Brazylii afera korupcyjna z udziałem państwowego koncernu naftowego Petrobras; zamieszanych w sprawę jest wielu polityków partii rządzącej - prezydenckiej Partii Pracującej. Zarzuty dotyczą m.in. kradzieży z budżetu państwa ponad 2 miliardów dolarów. Strajki przeciwko prezydent Dilmie Rousseff odbyły się na ulicach miast w 16 z 27 stanów Brazylii. Żądano ustąpienia Rousseff. W Brazylii prezydent jest głową państwa i szefem rządu. Wg brazylijskich mediów, w demonstracjach wzięło udział łącznie 200 000 osób. 

Do protestów przyłączyli się nawet deputowani czterech największych partii opozycyjnych. Ogłosili wówczas, że przystępują wspólnie do  ruchu na rzecz "politycznego osądzenia" Dilmy Rousseff, którego celem jest doprowadzenie do usunięcia jej z urzędu.

 

"To nie kradzież, lecz pożyczka na walkę z biedą"

 

Momentem przełomowym było natomiast orzeczenie sądu federalnego, który oświadczył, że walcząc o drugą kadencję Rousseff wprowadzała opinię publiczną w błąd. Oszustwo dotyczyło informacji co do stanu finansów państwa. By poprawić stan budżetu, rząd pobierał pożyczki z państwowych banków. Orzeczenie wzmocniło pozycję opozycji, która dąży teraz do przeprowadzenia impeachmentu (usunięcia z urzędu) .

 

Na wtorkowym spotkaniu w Sao Paulo Rousseff broniła się twierdząc, że przeciwko niej nie toczy się obecnie żadne postępowanie sądowe. Podkreślała również, że naruszenie dyscypliny budżetowej było niezbędne aby podjąć skuteczną walkę z ubóstwem w kraju.

 

- Ich argumenty są zupełnie sztuczne, a działanie ma na celu jedynie zatrucie mediów spolecznościowych. To bezlitosna gra w stylu: im gorsza jest ona, tym lepiej dla nas -  zarzucała oponentom Rousseff.

 

BBC