- Nasze śledztwo w sprawie zamachów się pogłębia, badamy konta na Twitterze, adresy IP - poinformował w swoim dzisiejszym wystąpieniu szef tureckiego rządu. Według niego Turcja ma informacje, że bojownicy PKK i skrajnie lewicowego Rewolucyjnego Frontu-Partia Wyzwolenia Ludu (DHKP-C) byli szkoleni w północnym Iraku. Mieli się tam dowiedzieć, jak dokonywać ataków samobójczych, a potem zostali wysłani do Turcji.

 

Premier Turcji podkreślił także, że współpraca z grupami, które prowadzą wojnę przeciwko Turcji, takimi jak kurdyjskie PKK, nie będzie akceptowana. - Nasze stanowisko zostało przekazane Stanom Zjednoczonym oraz Rosji - oświadczył Davutoglu. Chodzi o doniesienia dotyczące dostarczania broni syryjskim rebeliantom. Agencja AP cytowała ostatnio anonimowego informatora, ktory twierdził, że USA dostarczyły syryjskim bojownikom walczącym z Państwem Islamskim 120 ton broni. Ankara obawia się, że dostawy broni mogą trafić w ręce oddziałów nalezących do Państwa Islamskiego.

 

W sobotę w Ankarze miał miejsce podwójny zamach samobójczy, w którym zginęło co najmniej 97 osób. Atak przed dworcem kolejowym był najpoważniejszym we współczesnej historii Turcji. Do eksplozji doszło tuż przed początkiem pokojowej demonstracji prokurdyjskich i lewicowych działaczy.

 

Reuters, PAP, Polsat News