Trwające od 6 dni poszukiwania nie przyniosły dotychczas żadnych rezultatów. Eksperci od spraw żeglugi ocenili, że była to najtragiczniejsza katastrofa statku płynącego pod banderą USA od ponad 30 lat.

 

Przedstawicielka amerykańskiego Krajowego Zarządu ds. Bezpieczeństwa Transportu (NTSB) Bella Dinh-Zarr oświadczyła, że nie wiadomo gdzie dokładnie jednostka zatonęła. Ostatnia znana pozycja statku, który płynął z Florydy do Puerto Rico, to rejon w pobliżu Crooked Island, w archipelagu Wysp Bahama. Szalał tam wówczas bardzo niebezpieczny huragan Joaquin. Jednostka o długości 240 metrów była obciążona kontenerami i samochodami pod pokładem.

 

Ustalenie położenia wraku kontenerowca ma kluczowe znaczenie bowiem umożliwi ratownikom odzyskanie "czarnej skrzynki" statku, która przechowuje zapis ostatnich 12 godzin pracy maszynowni oraz poleceń wydawanych z mostku.

 

Dotychczas Straż Przybrzeżna USA odnalazła zniszczoną tratwę ratunkową, kamizelki i koła ratunkowe i kilka kontenerów. Znaleziono też zwłoki jednego marynarza, który najprawdopodobniej był członkiem załogi "El Faro".

 

Statek wypłynął z Jacksonville 29 września mimo ostrzeżeń meteorologów, że sztorm Joaquin przybiera na sile i przekształca się w huragan. 36 godzin później załoga wysłała sygnał S.O.S. informując, że statek przechyla się, nabiera wody a silniki nie działają prawidłowo. Później łączność urwała się.

 

Według armatora statek przed wypłynięciem przechodził remont w maszynowni, którym zajmowali się właśnie polscy specjaliści. Zdaniem ekspertów remont nie miał jednak wpływu na pracę silników.

 

PAP